Proud member of bbRiderZ

Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi jakubiszon z miasteczka Czaniec / Bielsko-Biała. Mam przejechane 68577.92 kilometrów w tym 2592.35 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 16.58 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie. button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy jakubiszon.bikestats.pl

Archiwum bloga

Dane wyjazdu:
18.48 km 0.00 km teren
00:44 h 25.20 km/h:
Maks. pr.:52.00 km/h
Temperatura:22.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:254 m
Kalorie: 619 kcal
Rower:

Na próbę...

Sobota, 17 sierpnia 2013 · dodano: 19.09.2013 | Komentarze 0

Co tu się będę rozpisywał :). Po prostu zrobiłem sobie rozgrzewkę przed próbą ( nogi ) i rozjazd po :). Poza tym nie ma to jak dobrze się dotlenić przed intensywnym myśleniem :D.
Zdjęć nie było...hehe bo nie było kiedy zrobić :D.



Dane wyjazdu:
64.00 km 0.00 km teren
02:24 h 26.67 km/h:
Maks. pr.:62.40 km/h
Temperatura:24.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:850 m
Kalorie: 2177 kcal

Szosowo po BŻE

Czwartek, 15 sierpnia 2013 · dodano: 14.09.2013 | Komentarze 1

Po Beskid Żywiecki Expedition zrobiłem sobie dłuższą przerwę od pedałowania - hehe tyłek musiał się zreaktywować :D. Jednak po ponad tygodniu musiałem już dosiąść Białego Rumaka - cykloza się odezwała :). Stąd też na pierwszy ogień poszedł asfaltowy trip, hehe tak dla odmiany ;). Od samego początku w planie miałem odwiedzić...PROmenadę bielską czyli deptaczek przy lotnisku. Oczywiście jechałem z myślą, że kogoś spotkam :). Od momentu jak wsiadłem na bike'a, kręciło i się wybornie, noga podawała jak ta lala. W Bujakowie odbiłem na Podlesie by nie jechać cały czas ruchliwą drogą a poza tym chciałem odwiedzić troszkę tereny znane mi z dzieciństwa. Później już standardowo zjechałem z Krzemionek na Lipnik bocznymi drogami. Oczywiście nie omieszkałem odwiedzić Starego Rynku (ZWM'u) w Bielsku jednak tym razem obyło się bez piwka :). Noga dalej podawała fantastycznie :). Przejazd przez PROmenadę to już była czysta formalność - niestety nikogo znajomego na niej nie spotkałem więc postanowiłem wracać do domu jednak tym razem przez...Przegibek. Hehe a tak żeby było trochę uphill'u ;). I tu niespodzianka - jeszcze tak dobrze nigdy nie wyjeżdżało ni się na tą cooltową przełęcz. Power był niesamowity!!! Hehe sam sobie się dziwiłem. Zjazd oczywiście na maxa - ile fabryka dała choć Vmax najlepszy może nie był. W Międzybrodziu już nic nie kombinowałem z trasą i postanowiłem wracać klasycznie do domu, hehe choć kusiła mnie jeszcze Targanicka ;).

Zdjęć jakoś nie robiłem ze względu na spory power w nogach ;). Ale za to będzie troszkę dobrego OPETH'a :)



Dane wyjazdu:
78.40 km 13.00 km teren
04:13 h 18.59 km/h:
Maks. pr.:52.90 km/h
Temperatura:32.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:590 m
Kalorie: kcal

Beskid Żywiecki Expedition 2013 - Etap III

Sobota, 3 sierpnia 2013 · dodano: 09.09.2013 | Komentarze 3

Nadszedł w końcu trzeci dzień mojej wyprawy. Tym razem miał to być najprostszy, najlajtowszy i najmniej wymagający ze wszystkich etapów. Miał...ale nie był!! Z racji, że tym razem czas mnie zbytnio nie gonił, postanowiłem sobie pospać do oporu. Tym razem obyło się bez nocnych akcji ratunkowych :). Zjadłem śniadanie - hehe zupę pomidorową bo tylko na nią mi starczyło bo przecież kartą płacić w schronisku się nie da ;) - pomknąłem dalej czerwonym szlakiem w stronę Bystrej. Ten odcinek był dość krótki, zaledwie 12 kilometrów terenu, ale za to dość urozmaiconego :). Co prawda singielków nie było ale i tak fan z jazdy był. Kręciło się wybornie choć brakowało widoczków na Tatry - słaba przejrzystość :/.




W oddali niewidoczne Tatry.




Pomnik partyzantów

W zasadzie czerwonym szlakiem zjeżdżało się cały czas więc nogi, można by rzec, odpoczywały. W lesie upał nie dawał zbytnio w kość ale po wjechaniu na asfalt...makabra!!! Jeszcze w Bystrej zrobiłem sobie przerwę na konkretne śniadanie i dalej już asfaltami, na moich w zasadzie nowych Panarecer'ach, kręciłem w stronę domu. O ile do Makowa Podhalańskiego jechało się fajnie to już za tak wesoło nie było. Upał dawał się coraz bardziej we znaki - nie dość, że temperatura powyżej 30 stopni to do tego mega rozgrzany asfalt. Po prostu masakra. Przed Suchą zacząłem opadać z sił zatem trzeba było uzupełnić zapasy kalorii :). Standardowy posiłek w Suchej - kebeb z frytami i surówką :). Jak zawsze porcja mega ;)...Niestety nie udało mi się, mimo wielkich chęci, wszamać całości ;). Po, można by powiedzieć, obiedzie siły wróciły ale zabrakło chęci :D. Po obżarstwie dobra jest sjesta a nie wysiłek fizyczny :). Stąd też udałem się nad Skawę w celu zebrania chęci i schłodzenia organizmu :). Przyszła pora na dalsze asfaltowe kilometry. Z Suchej pojechałem w stronę Wadowic. Kręciło się nadal ciężko - noga już nie podawała tak dobrze jak jeszcze parę godzin wcześniej.


Ostatnie szuterki.




Walka z asfatami i nieziemskim upałem.

Standardowo przed Wadowicami skręciłem na Gorzeń Górny by docelowo wjechać na czerwony szlak rowerowy do Andrychowa. Hehe oczywiście musiałem przejechać sobie jeden zjazd na szlak - tak to jest jak zawsze jedzie się w przeciwnym kierunku :D. W Andrychowie ustawowa przerwa na włoskiego lodzika i już o dziwo w pełni sił pomknąłem do domu :).


REASUMUJĄC:
To była moje pierwsza kilkudniowa wyprawa więc patrząc teraz z perspektywy czasu, parę rzeczy zrobiłbym inaczej, głównie chodzi o ekwipunek. Mimo wszystko jestem bardzo zadowolony :). Cel osiągnięty w 100%. Dzięki Bogu obyło się bez awarii i żadnych niespodzianek :). W tym roku zapewne nie uda się już zorganizować jakiegoś kilkudniowego tripu ale w przyszłym roku...??? Na bank i to nie raz :).
Kategoria Beskid Żywiecki


Dane wyjazdu:
70.23 km 47.00 km teren
06:31 h 10.78 km/h:
Maks. pr.:50.10 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2100 m
Kalorie: kcal

Beskid Żywiecki Expedition 2013 - Etap II

Piątek, 2 sierpnia 2013 · dodano: 02.09.2013 | Komentarze 1

Po pierwszym etapie usnąłem w momencie - hehe zmęczenie zrobiło swoje. Jednak nie był to twardy sen - co chwila się przebudzałem więc za bardzo się nie wyspałem. Do tego jeszcze ok północy do Bacówki zawitał GOPR - jedna turystka dostała sporej gorączki. Mino, że sen był co chwila przerywany to i tak pospałem dość długo :). Zjadłem śniadanie i ruszyłem ok godziny 9:30 w dalszą część BŻE 2013. Pierwszym poważniejszym celem była Hala Miziowa stąd też kręciłem niebieskim szlakiem granicznym na Trzy Kopce. Trasę znałem bardzo dobrze bo jechałem nią rok wcześniej więc mnie totalnie nie zaskoczyła :). Tym razem tylko,ze względu na SPD, wyjeżdżałem prawie wszystkie podjazdy - darowałem sobie tylko podjazd na Hrubą Buczynę i krótki podjazd na Trzy Kopce. W zasadzie były do wyjechania ale odpuściłem tylko ze względu na oszczędzanie sił na resztę ;). Odcinek Bacówka-Trzy Kopce jest bardzo przyjemny: są fajne podjazdy, zjazdy, parę singielków i przy ładnej pogodzie cudne widoki. Poza tym podłoże jest nieźle urozmaicone: ściółka, klasyczna rąbanka beskidzka, wąskie ścieżki,szerokie drogi leśne i troszkę technicznych zjzdów czyli dla każdego coś miłego :). Aaaa no i oczywiście korzenie :D.


Bacówka tym razem o poranku :).


Pilsko widziane z okolic Hrubej Buczyny (1123 m.n.p.m.)

Na trzech Kopcach wbiłem się na czerwony szlak na Halę Miziową. Trasę tą już też robiłem :). Jest to bardzo przyjemny odcinek z elementami rąbanki beskidzkiej i pięknymi widokami. W 4 litery daję tylko podjazd na Munczolik. Nie dlatego, że jest ostry, tylko że jest sporo luźnych kamieni, na których łatwo stracić przyczepność. Mnie dość mocno doskwierał upał podczas tego uphillu i garb więc wyjechałem tylko jakieś 80% tego odcinka. Za to zjazd z Palenicy dał mi dużo frajdy :). Na Hali Miziowej spotkałem zaprzyjaźnioną parkę z Bacówki ( nota bene byli oni z Bielska )- oni wyszli dużo wcześniej bo też mieli problemy ze snem. Chwila pogaduszek i pokręciłem do schroniska...wróć...hotelu!!! Nie no makabra!! Ceny mają totalnie wyssane z palca!! 0,5 litra coca coli kosztuje bagatela 6 zł. Po prostu przegięcie roku zważywszy na fakt, że jest to "schronisko", do którego bardzo łatwo dotrzeć autem, nie wspominając już o wyciągach!! No nic, miałem smaka na cole to sobie kupiłem a przy okazji podładowałem komórę. Następnie czerwonym szlakiem ruszyłem w stronę Przełęczy Glinne. I przyznam się bez bicia - to był najtrudniejszy technicznie odcinek całego BŻE 2013. Na dzień dobry przywitały mnie niezłe głazy na ścieżce, później konkretna ilość korzeni a na końcu stromy, bardzo techniczny, wąski zjazd rynną usłaną dużymi, luźnymi głazami. Na tym odcinku wywinąłem spektakularnego orła a w zasadzie mini salto - chcąc ominąć młodego piechura, przyjąłem złą pozycję podczas ostrego zjazdu wskutek czego najechałem na głaz, na którym mnie przeważyło i pięknie przeleciałem przez kiere, dzięki bogu nie do środka rynny, bo pewnie upadłbym na kamienie, tylko na zewnątrz rynny wprost na borowinę. Hehe skończyło się tylko na wybrudzonej koszulce bo garb zamortyzował upadek. Po tej wywrotce na tym szatańskim odcinku troszkę spasowałem i ostrzejsze momenty sprowadzałem. Myślę, że gdyby nie owy młodzieniec i co najważniejsze garb na plecach, który dość mocno utrudniał mi przyjęcie odpowiedniej pozycji, to zjechałbym całość :). Po ostrej części przyszła pora na szybki szuterek do samej przełęczy.


Zjazd z Palenicy a w tle Pilsko.




Hala Miziowa a w tle Góra Matka.


Rozkmina nad dalszą trasą przy "super taniej" coca coli ;).


Oj fajnie się kręciło po takiej ścieżce :)


Uzupełnianie płynów.



Już na Hali Miziowekej podjąłem decyzję o zmianie części trasy drugiego etapu. Pierwotny plan zakładał zjazd asfaltem z Przełęczy Glinne do Oravskiej Polhory asfaltem ( czyt. drogą główną ) jednak postanowiłem urozmaicić trochę trasę w parę kilometrów terenowych :). Myślałem jeszcze o wdrapaniu się na szczyt Pilska by zjechać z niego genialnym niebieskim i zielonym szlakiem ale zajęło by mi to za dużo czasu a poza tym z plecakiem nie było by takiego fanu :). A zatem na Przełęczy Glinne wróciłem z powrotem na czerwony szlak. Bardzo fajna trasa, dość spokojna, łagodna, łatwa i na pewno rzadko uczęszczana przez turystów. Czerwonym szlakiem dojechałem aż za Jaworzynę by tam wbić się na bardzo krótki mini szlak żółty łączący żółty szlak z Jałowcowego Garbu do Oravskiej Polhory. Po wjechaniu na już ten właściwy żółty szlak, moje nogi z deczka sobie odpoczęły - w zasadzie biegł on cały czas w dół asfaltowymi drogami. Po drodze zrobiłem sobie krótką przerwę w przydrożnej rzeczce na niekoniecznie krótki odpoczynek ;)


Babiczka ;).


Baza namiotowa Głuchaczka SKPB Katowice




Oj chciało się wskoczyć :).



Można by pomyśleć, że w zasadzie niepotrzebnie zjeżdżałem z czerwonego, gdyż spokojnie mogłem nim dojechać do Mendralowej, Jaworowego Grzbietu, później zjechać do Zawoi by ostatecznie wjechać na Krowiarki. Jednak ja chciałem trochę pojeździć po słowackich drogach a przy okazji uzupełnić zapasy. Poza tym miałem ochotę zobaczyć Tatry w pełnej odsłonie i przypomnieć sobie po części trasę jaką kiedyś robiliśmy z Ludwikonem okrążając Babią Górę. Jednak coś mi się pokiełbasiło i po drodze nie było żadnego sklepu więc pozostało mi tylko napełnić bidony w strumyku :).


Pierwszy widok na Tatry.




Tatry cd.


Ciąg dalszy cd. ;)



Po przekroczeniu granicy jechałem bardzo przyjemnym asfaltem aż do drogi na Krowiarki ( jest to szlak rowerowy, niestety nie pamiętam koloru :/ ). Podczas jednego podjazdu zawstydził mnie jeden biegacz...wyprzedził mnie ;). Nie powiem ale tempo miałem delikatnie mówiąc...żenujące. Zmęczenie i upał zrobiły swoje. Na Krowiarkach zrobiłem sobie dłuższą przerwę na uzupełnienie baterii. Co ciekawe na terenie Babiogórskiego Parku Narodowego litrowa Cola jest o złotówkę tańsza niż półlitrowa na Hali Miziowej (?) :). Po odpoczynku ponownie wjechałem na czerwony szlak na Policę. Początkowo trochę prowadzenia ( stopnie ) ale później już prawie całość na siodle. Odpuściłem sobie tylko zjazd z Syhleca - dość stromy i techniczny odcinek a ja już dość mocno czułem zmęczenie więc byłyby na pewno problemy z refleksem. Droga na Policę to już typowa trasa w Beskidzie Żywieckim - mnóstwo korzeni na szlaku. Hehe na tym fragmencie walczyłem dość mocno z muchami - ich ilość mnie po prostu przerażała i delikatnie mówiąc wkurzała :). Mimo to jechało się bardzo przyjemnie.


Pomnik upamiętniający katastrofę lotniczą na Plicy .


Widok na Tatry z Policy.





Na planowany nocleg na Hali Krupowej dotarłem podobnie jak w przypadku pierwszego etapu - ok godziny 19-tej. Tym razem już tak pięknych widoczków nie miałem - Tatry spowiły się mgłą/chmurami. Po sytym żurku przyszła pora na nagrodę a mianowicie na zimne piwko :). Przy okazji spotkałem "okolicznego" bikera - chwilę pogawędziliśmy o ciekawych trasach w okolicy. Hehe tym razem w schronisku byłem zupełnie sam, hehe no może oprócz personelu obiektu. Z racji, że i tym razem byłem dość mocno padnięty usnąłem w momencie :).
Kategoria Beskid Żywiecki


Dane wyjazdu:
56.36 km 55.50 km teren
06:07 h 9.21 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:29.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1860 m
Kalorie: kcal

Beskid Żywiecki Expedition 2013 - Etap I

Czwartek, 1 sierpnia 2013 · dodano: 29.08.2013 | Komentarze 7

Długo planowana wyprawa!!! W zasadzie na sam pomysł wpadłem już w zeszłym roku, a w tym doszlifowałem logistycznie :). Hehe nie myślcie sobie, że szlify trwały tak długo :D, bo może 2 godziny. Jedynie problem był z wyznaczeniem pierwszego noclegu ale po szczegółowym przestudiowaniu mapy i poobliczaniu mniej więcej czasu przejazdu miejsce noclegowe zostało wybrane :). W planie była jazda w większym towarzystwie ale chętnych za dużo nie było ;). A nie było bo...hehe był to wyjazd dość mocno spontaniczny :). Siedziałem sobie na urlopie i rozmyślałem, gdzie by tu się wybrać na porządną wyrypę. W planach miałem odwiedzić znajomych z Częstochowy ( Skowronka, Rafała, MisterDry i Piksela ) ale głód terenu spowodował zmianę planów i szybkie przygotowania do wyprawy :).
Tym razem zaopatrzyłem się w izo w proszku by nie wozić niepotrzebnych kilogramów. P.S. Nawet nie było najgorsze ;). Jako, że wyprawa miała być 3 dniowa, trza było zabrać...plecak. Przyznam się bez bicia - nie lubię kręcić z plecakiem ale okoliczności tego wymagały. Starałem się jak najbardziej odchudzić swój pakunek ale i tak plecak 35 litrowy został wypełniony po brzegi - 1/3 zajmował sam śpiwór. Profilaktycznie zabrałem też cieplejsze rzeczy mimo, że na cały okres wyprawy zapowiadali upały- nigdy nic nie wiadomo ;). Wyjątkowo zabrałem nawet maksymalnie odchudzoną apteczkę - różnie to bywa samemu na beskidzkich szlakach. I tak cały spakowany po brzegi, rozpocząłem samotną wyprawę przez Beskid Żywiecki :).



I etap mojej wyprawy obejmował stricte terenowy odcinek od Zwardonia do miejsca noclegu, a mianowicie do Bacówki PTTK pod Krawców Wierchem.
Do Zwardonia dotarłem pociągiem troszkę później niż miałem w pierwotnym planie. A późno dlatego, że pierwszy pociąg z Bielska wyruszał dopiero o 7 rano :/. Na miejscu byłem chwilę przed 9 rano. Szybko podjechałem do najbliższego sklepu by kupić sobie coś na śniadanie i ruszyłem czerwonym szlakiem w stronę Wielkiej Raczy. Z racji, że kilometrów było przede mną sporo nie narzucałem sobie ostrego tempa - delikatnie mówiąc, oszczędzałem się. Upał i kilogramy na plecach niestety były dość mocno odczuwalne - na ostrzejszych podjazdach zsiadałem z bike'a. Normalnie były one do podjechania ale "tylny" bagaż z deczka utrudniał uphill. Na dzień dobry, bo raptem może po 2 kilometrach jazdy, zjechałem ze szlaku. Powód - kiepskie oznaczenie i entuzjazm związany z samą wyprawą :D. Straciłem dobre pół godziny zanim znalazłem szlak. Pomyślałem sobie: Jakoś nie za dobry początek eskapady ;). Jechało się wybornie, żałowałem jedynie, że nie wyposażyłem się w bandane, gdyż pot lał się z pod kasku momentami ostro. Początkowo szlak biegł po leśnych, szutrowych i momentalnie nieźle zniszczonych przez leśników drogach by potem wkroczyć w to co tygryski lubią najbardziej, a mianowicie malownicze single tracki. Oj przyznam się fan był ogromny :). Byłby może, a nawet na pewno, większy gdyby nie garb na plecach, który to dość mocno ograniczał na zjazdach, Mimo wszystko bawiłem się przednie :).


Biały rumak na Dworcu PKP w Bielsku-Białej w oczekiwaniu na pociąg do Zwardonia :).


Przedziału dla rowerów niestety nie było stąd zostało mi tylko koczwanie w ostatnim wagonie pociągu.


Gdzieś na czerwonym szlaku na Wielką Raczę.


Oj widoczki to były przepiękne :).










Singielków pierwszego dnia trochę było :).


Za takie coś kocham Beskid Żywiecki!!




Przyznam się bez bicia - nie miałem pojęcia co to są za szczyty ale i tak było zajebiście ;)


Podjazd na Wielką Raczę.

Gdzieś niedaleko przed Wielką Raczą musiałem troszkę poimprowizować, gdyż szlak się gdzieś posiał a ja dojechałem do rozwidlenia dróg. Na moje szczęście wybrałem dobrą drogę. Troszkę sobie po drodze przypominałem owy szlak bo już kiedyś razem z Ludwikonem jechaliśmy nim, lecz w przeciwnym kierunku. Hehe dużo się nie zmienił tylko miałem wrażenie jakbym go szybciej pokonał :). A tak na marginesie to dwa etapy całej wyprawy miałem przejechane w 80% - robiłem to na raty w przeciągu ostatnich lat a teraz chciałem sobie zrobić mega kompilację ;). Na Wielkiej Raczy zrobiłem sobie dłuższą przerwę na uzupełnienie płynów i kalorii. Turystów mnóstwo,a to przecie środek tygodnia...Co ciekawe w 90% to byli Słowacy - hehe może mieli jakie święto ;). Tym razem widoczki na Raczy mnie rozpieszczały - było nawet widać Tatry :).


Wielka Racza (1236 m.n.p.m.) - Mała Fatra jak na dłoni.


Panorama z Wielkiej Raczy.


cd.

Po solidnym popasie ruszyłem dalej w stronę Przełęczy Przegibek. Nie, nie, nie tej w Beskidzie Małym :). Na dzień dobry przywitała mnie klasyczna rąbanka beskidzka by później wjechać na "majestatyczną" polankę, po której jechałem dość intrygującą koleiną. Hehe koledzy z bbRiderZ jechali nią parę dni później i też im się podobała :).




Dla takich widoków wart się porządnie sponiewierać na bike'u :).





Po szuterkach, leśnych duktach i singlach przyszła pora na typowe podłoże Beskidu Żywieckiego a mianowicie "korzenną rąbankę" :). Nie powiem, lekko się nie jedzie ale za to fan jest niezły i można poćwiczyć technikę :). Oczywiście były momenty, gdzie zsiadałem z bike'a ale to w tamtych rejonach norma. Poza tym walka z korzeniami pochłania sporo energii a ja musiałem ją dobrze racjonować ;). Był to chyba najbardziej techniczny odcinek całego I etapu. Na Przełęczy Przegibek zrobiłem kolejny postój na ładowanie baterii i jak się niestety okazało ostatnie napełnienie bidonów :/. Dalej już pedałowałem w kierunku Wielkiej Rycerzowej ( ponownie czerwony szlak graniczny ). Na tym odcinku dowaliłem trochę do ognia :) - poczułem spory przypływ energii i nie odpuszczałem na ( prawie ) żadnym podjeździe. A prawie dlatego bo na Majcherową wjechać się nie dało - jakiś 50-cio metrowy ostry wypych.




Wielka Rycerzowa (1226 m.n.p.m.)

Z Wielkiej Rycorzewej jechałem już dla mnie totalnie nieznanym szlakiem ( niebieskim, granicznym ) na Przełęcz Glinka. Oooooo to był rzeźniczy odcinek!!!! A w zasadzie dwa momenty: atak na Świtową i Oszusta. Przyznam się : to nie był zwykły wypych!!!! To był ALPINIZM ROWEROWY!!!!! Większych kiep moje oczy w Beskidach nie widziały!!! Nachylenie terenu to minimum 60 stopni a procentowo to już nie wspomnę! Po prostu rzeźnia. Wypychy może nie były długie ( ok 100/200 metrów ) ale na każdy poświęcałem od 20 do 30 minut. Tempo makabryczne ale zważywszy na warunki ( mega stromizna, załadowany bike - ok 15 kg, plecak i słaba przyczepność do podłoża ) to i tak nie najgorzej. Nie chce nic mówić ale w zimie na tych "podejściach" to bez raków i czekanu nie ma nawet co próbować. Odcinek od Wielkiej Rycerzowej do przełęczy Glinka to był chyba najbardziej dziki podczas całej wyprawy. Zero ludzi na szlaku i co najważniejsze szlak miejscami bardzo mocno zarośnięty - trawa po ramiona!!. Mimo tych dwóch mega wyczerpujących wypychów i tak jechało się przednie. problem był tylko z...piciem - za Oszustem zapasy wody mi się skończyły. Niestety nie przewidziałem tego i do miejsca noclegowego dotarłem już z deczka odwodniony i padnięty.


Wypych na Świtkową - zdjęcie niestety nie oddaje stromizny ( szeroki kąt ). Jednak mina swoje mówi ;).




Pański Kamień


Po mega wypychu na Oszusta chwila relaksu z pięknym widoczkiem.

Do bacówki dotarłem po 19-tej. Czas?? Hmnn nie najgorszy choć zawsze mógł być lepszy :). Wpadłem do środka i pierwsze co zrobiłem to kupiłem 1,5 litrową wodę - poszła w 15 minut. Potem przyszła pora na załatwianie noclegu i tu niezła niespodzianka: dzwoniłem 2 dni wcześniej upewniając się o wolne wyrko, kwestie sanitarną i miało być wszystko OK. No jednak nie wszystko - problem z wodą a mianowicie z prysznicem. Ze względu na suszę i ograniczoną ilość wody prysznice zostały zamknięte. Pomyślałem: FUCK!! Iść spać totalnie przepocony i uświniony albo próbować się umyć w umywalce Oczywiście wybrałem opcje drugą choć łatwo nie było :). Tak na marginesie dodam, że podczas wypychy na Oszusta pierwszy raz w życiu pot lał mi się ciurkiem z łokci - po prostu makabra :). Po załatwieniu kwestii noclegu zjadłem porządną obiadokolacje i poszedłem podziwiać Małą Fatrę podczas zachodu słońca. Spotkałem jeszcze pewną prze sympatyczną parkę, z którą sobie trochę pogawędziliśmy i powspominaliśmy podejście pod Oszusta - hehe szli tą samą trasą co ja tyko, że od Wielkiej Raczy. Po "kąpieli" skoczyłem jeszcze do bufetu ( bardzo jajcarska obsługa płci pięknej ), zakupiłem piwko ( tak w nagrodę ) i poszedłem na zachód słońca na Halę Krawculę. Widoczki bajka a jak piwko smakowało :).


Bacówka PTTK pod Krawców Wierchem.


W oddali towarzyszka całego pierwszego etapu - Mała Fatra.


Po całym dniu należy się...nagroda ;).


Jeden z ładniejszych zachodów słońca jakie widziałem.



I tak oto pierwszy dzień/etap Beskid Żywiecki Expedition 2013 dobiegł końca. Wylałem hektolitry potu, spaliłem w cholerę kalorii ale było warto!!

P.S. Tak w ramach informacji a propo Bacówki to problemy z wodą są tam normalne - w końcu to góry, wodociąg tam nie dochodzi ;). Druga sprawa to prąd!! Jeśli w schronisku nie ma kompletu ludzi to nie włączają agregatu stąd też prądu dla turystów nie ma - brak światła po zmroku w pokojach. Ale za to jest klimatycznie :). Aaaa maksymalnej prędkości nie podałem bo...licznik mi zwariował i pokazał 142 km/h :D.
Kategoria Beskid Żywiecki


Dane wyjazdu:
87.22 km 24.00 km teren
04:34 h 19.10 km/h:
Maks. pr.:62.70 km/h
Temperatura:35.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1300 m
Kalorie: kcal

Team'owe poty na Błatniej.

Niedziela, 28 lipca 2013 · dodano: 27.08.2013 | Komentarze 3

To już nie jest zwykły poślizg z wpisem tylko makabryczno-przejeb...e opóźnienie. No cóż po prostu brak kompa i czasu zrobiły swoje...:/

Ale do rzeczy... :)

Jako, że miałem urlopa ;), jako że w niedziele zawsze odbywają się team'owe tripy, nie omieszkałem siedzieć w domu, tudzież smażyć się na basenie w ten potwornie upalny dzień i wybrałem się z ekipą na, mało może wymagający trip tj. na Błatnią w Beskidzie Śląskim. W zasadzie nawet nie miałem w planie robić porządnej wyrypy, gdyż po południu jechałem na urodziny do Gugolaka (5-te). Zgadaliśmy się na 9 pod Strusiem z k4r3l'em, Marcinem i Konradem. Do Bielska jechałem sam bo Kuba postanowił jeszcze pokręcić coś w okolicach Gaików. Ja z racji, że rannym ptaszkiem nie jestem wybrałem dłuższe spanie i jazdę głównymi drogami do B-B. Tradycji by nie był,o gdybym się oczywiście nie spóźnił 10 minut :). Hehe muszę popracować nad tymi spóźnieniami ;). Po dojechaniu na miejsce niespodzianka: zjawiła się nawet nasza team'owa koleżanka Justyna ( hehe szczerze mówiąc zobaczyłem ją pierwszy raz na żywo bo na naszym team'owym fejsbukowym profilu trochę ludu jest ;) ), nota bene na co dzień zawodniczka Gedore Cycling Team. No i tym oto sposobem nie było "gejotripu" :D. Szczerze mówiąc to dopiero, gdy wszyscy się spotkaliśmy, podjęliśmy decyzję, że bijemy na Błatnią ( dalsza trasa nie wchodziła w rachubę ze względu na mega upał. Zatem ruszyliśmy na Błatnią atakując wpierw Dębowiec a później Szyndzielnię.


Dębowiec.


W drodze na Szyndzielnię.



Z Szyndzielni pokręciliśmy na Klimczok. Pierwotnie w planie był podjazd na szczyt a później zjazd do schroniska, hehe wyszło w końcu na odwrót :D. W schronisku zrobiliśmy sobie przerwę na mały popas i uzupełnienie izo/wody, no i oczywiście na pogaduszki :D. Jak zawsze kupa śmiechu :).


Popas ;).


Przed "atakiem" na szczyt :).





Atak może i był ale...nie udany. Wyjechał prawie do końca tylko Konrad, reszta odpadła nawet nie w połowie podjazdu :). No cóż, lajtowy to podjazd nie jest, może już nie chodzi tutaj o pochylenie terenu ale o z deczka mało przyczepne podłoże, na którym łatwo o poślizg tylnego koła. Oj dogrzało nam na tym wypychu, ze mnie lało się jak wiadra. Z Klimczoka standardową już drogą/szlakiem pomknęliśmy w stronę Błatniej. Jako, że była niedziela, piechurów na szlaku mnóstwo, co z deczka utrudniało swobodną jazdę. Podczas jednego ze zjazdów Justyna popisała się doświadczeniem i pełną kontrolą nad rowerem - wyprowadziła rower z pewnej wywrotki. Wyglądało to po prostu niesamowicie!! Wielki szacun dla niej, ja bym na bank wyrżnął orła, zważywszy na fakt, że nie mam jeszcze dużego obycia z SPD. Dosłownie parę sekund później Kuba złapał snejka więc zrobiliśmy sobie małą przerwę - hehe Justyna w tym czasie obżerała się borówkami :). Dalsza trasa na Błatnią obyła się już dzięki bogu bez żadnych niespodzianek.


bbRiderZ w drodze na Błatnią.


"mesję" k4r3l.


"Madam" Justyna und "mesję" Marcin.


und "mesję" Konrad :)



Widoczek z Błatniej na południe.


cd.




Widoczek z Błatniej na północ.


Team'owo na samym szczycie.

W schronisku na Błatniej nie zatrzymywaliśmy się tylko od razu pokręciliśmy na genialny harcerski szlak do Jaworza. Przyznam się, że jechałem dość asekuracyjnie ale i tak fan był nieziemski. Co prawda w pewnym momencie, na jednym z trawersów, zawiało grozą podczas wymijania piechurów - chwila nie uwagi i można było sturlać się ze skarby. Już nie mogę się doczekać następnego zjazdu harcerskim - tym razem będzie szybciej :).


Gdzieś na harcerskim :).





Po genialnym Harcerzu przyszła pora na powrót do Bielska asfaltami ale żeby nie było za nudno to na każdym podjeździe urządzaliśmy sobie wyścigi :). Tuż przed samym lotniskiem zjechaliśmy z asfaltu by na koniec nacieszyć się ostatkiem terenu - krótki odcinek wzdłuż rzeczki Wapienica. A na sam już koniec zawitaliśmy na małego browarka do Baru Strudzonego Rowerzysty. Na lotnisku pożegnałem się z ekipą i popedałowałem do domu najkrótszą możliwą droga do domu. Oj przyznam, że jazda przy 35 st.C po asfalcie, na terenowych oponach do najmilszych nie należy - odcinek asfaltowy dał mi najbardziej w...4 litery, po prostu makabra!!


Kategoria Beskid Śląski


Dane wyjazdu:
162.00 km 35.00 km teren
09:45 h 16.62 km/h:
Maks. pr.:77.10 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:3840 m
Kalorie: kcal

Pilsko-Babia Expedition 2013

Czwartek, 25 lipca 2013 · dodano: 30.07.2013 | Komentarze 9

No to przyszła pora na porządny terenowy trip :). Co prawda w terenie kilometrów mało ale za to jakie szczyty!!! Tę trasę wymyśliłem sobie już w zeszłym roku podczas osobnego zdobywania Babiej i Pilska. Pomyślałem sobie, skoro wjechałem na owe szczyty to czy czasem nie połączyć tych dwóch gór i zrobić jeden mega trip :). Jak pomyślałem tak zrobiłem :). Pierwotnie planowałem startować i finiszować w Jeleśni ale stwierdziłem, że większy fan będzie jeśli zrobię tego tripa bez żadnych dojazdówek autem :).
Na dzień dobry pech...Zaspałem pół godziny!! Nie wiem co jest z tą moją zasraną komórką- dzwoni jak chce :/. No cóż...Zatem zamiast o 6 wyruszyłem o 6:30.
Na pierwszy ogień poszedł Kocierz. Wjazd bardzo spokojny - wizja 160 km i ponad 3K w pionie robiła swoje. Następnie kolejna przełęcz - tym razem Przełęcz Rychwałdzka. Zdecydowanie krótszy podjazd ale niczego sobie :). Do Jeleśni dotarłem o 8:30- za późno!! Następnie kierowałem się w stronę Sopotni Wielkiej, w której to zaczynałem terenową część tripu a mianowicie uphill na Rysiankę :).


Jeleśnia.


Wodospad w Sopotni Wielkiej.


No to zaczynam podjazd na Rysiankę.


Uphill'u ciąg dalszy...




Hala Pawlusia - genialne widoki choć tym razem przejrzystość powietrza była kiepska.

Sam wjazd na Rysiankę był troszkę pokombinowany to znaczy wyjątkowo jechałem bardzo mało szlakiem. Tym razem wybrałem drogi leśne/zwózkowe a samego szlaku było może 500 metrów i to przed samym schroniskiem. Jako, że były to drogi zwózkowe, łatwo nie było - momentami dość stromo a do tego jechało się po sypkiej ziemi, w która zapadały się koła ( Hala Łyśniowska ). W schronisku na Rysiance zrobiłem sobie dłuższą przerwę na uzupełnienie płynów i zjedzenia banana i batona. Tak odpoczywając ( bo trochę grzało ) spoglądałem na Tatry - tym razem wyjątkowo ładnie było je widać :).


Rysianka.



Po labie ruszyłem czerwonym szlakiem w stronę mojego pierwszego celu a mianowicie Pilska. Kręciło się wyśmienicie!! Nie dość, że w zasadzie w cieniu to do tego szlak był wyjątkowo w dobrej kondycji. Ostatnio gdy tędy jechałem, było mnóstwo luźnych kami i wszelkiego badziewia a tym razem jakby ktoś "posprzątał" :D. Z czerwonego szlaku wbiłem się na niebieski. W zasadzie większą część prowadziłem bo każdy kto tam szedł to wie, że za plaski to on nie jest. W jednym momencie nawet się wyrżnąłem, próbując pokonać próg skalny. Dzięki Bogu skończyło się na lekkim przecięciu i obtarciu naskórka ;). Podczas wypychu zauważyłem 2 bikerów będących może 50 metrów przede mną. Niestety dogoniłem ich dopiero na samym szczycie. A jak było na szczycie??? Jakoś tak dziwnie!!! Podejrzanie nie wiało a to już coś anormalnego - tam zawsze wieje i to jak cholera. Ponownie zrobiłem sobie przerwę na podładowanie baterii :). Pilsko zdobyte i to nawet przed planowanym czasem :).








Pilsko zdobyte przed planowanym czasem :).



Następnie ruszyłem totalnie mi nie znanym szlakiem zielonym na Słowację. Powiem szczerze - bardzo fajny odcinek ale to co było później to już w ogóle bajka. Z zielonego skręciłem na niebieski a tam...na dzień dobry genialny single tarck - na początku wąska, kręta, lekko korzenna ścieżka wśród zarośli i traw a następnie część już bardziej techniczna - kamienista i z dużą ilością progów i uskoków. Fan był nieziemski!! Następnym razem pojadę zdecydowanie szybciej by adrenalina była większa :).




Ten widok mnie trochę przeraził ale co było dalej...to już sama rozkosz :).



Później single track przerodził się już w zwykłą zwózkową drogę ale i tak jechało się fajnie. W Orawskiej Polhorze zrobiłem ostatnią przerwę przed atakiem na Babią w celu uzupełnienia zapasów i kalorii. Po docinku asfaltowym przyszła pora na teren - żółty szlak. I tu powiem tak: rok temu wjeżdżałem nim na Babią i stan szlaku był o niebo lepszy!!! Tym razem trasa była dość mocno zniszczona przez wodę i zapewne przez zwózkę drzewa. Mnogość luźnych kamieni była, delikatnie mówiąc, irytująca. Do tego Słowacy dobudowali jeszcze parędziesiąt metrów ich "super równej", kamiennej drogi. Jako, że czułem ju trochę kilometry w nogach sporo odpuszczałem - nie chciałem się skatować bo przede mną było jeszcze trochę kilometrów. Stąd też tym razem było zdecydowanie więcej wypychu niż w zeszłym roku :(. Dodam jeszcze, że wyjątkowo w tym roku było sporo ludzi na szlaku - chyba trasa się zrobiła popularna :). Tak mijając poszczególne grupki
natrafiłem na dziwnego jegomościa. A dlaczego dziwnego?? Bo kto chodzi po parku/rezerwacie ( w zasadzie idzie na Babią )z piłą spalinową bez żadnego plecaka do tego jeszcze w jasnej koszuli. Zdziwiło mnie to trochę a nawet zaniepokoiło...Podejrzewałem nawet, że może to być nawet polski strażnik ale z drugiej strony co robił by z piłą i to po słowackiej stronie? Owy jegomość dogonił mnie podczas mojego postoju przy źródełku. Okazało się, że był to Polak. Pogadaliśmy sobie trochę o różnych rzeczach, a po jakiś 15-stu minutach dyskusji okazało się, że jest to... STRAŻNIK BABIOGÓRSKIEGO PARKU NARODOWEGO!!!! Pomyślałem sobie: O Fuck będzie mandat jak się patrzy!!! Jednak owy Pan okazał się super gościem i obyło się bez komplikacji. Później w zasadzie już prawie na sam szczyt szedłem z nim razem - oczywiście wyłączając momenty, gdzie dało się jechać ;). Przez cały czas rozmawialiśmy o górach, o Babiej. Hehe Strażnik zwierzył mi się , że początkowo wziął mnie za Słowaka :D. Dziwne bo przecież na koszulce i spodenkach mam napisane www.vitesse.pl :D. Chwile grozy przeżyłem przed samym szczytem ponieważ Pan Strażnik oświadczył mi, że na na Diablaku czeka na niego ze śpiworem szef szefów Parku Narodowego a ja chciałem zejść z żółtego szlaku na zielony, łamiąc dość ostro przepisy. Normalnie skończyło by się to kosmicznym mandatem ale Strażnik zagwarantował mi wstawenie się w razie czego u szefa szefów :). Ostatnie metry oczywiście na bike'u. Widoków pięknych nie było, w zasadzie w ogóle nie było bo szczyt był prawie cały we mgle. Hehe podobnie jak w przypadku Pilska, szczyt zdobyłem przed planowaną godziną :). Radość na szczycie ogromna!! Udało się wjechać na dwa najwyższe szczyty Beskidu Żywieckiego w jeden dzień :).


Babia z deczka zachmurzona.




Jest i przesympatyczny Strażnik Babiogórskiego Parku Narodowego!!




Na szczycie!





Zjazd z Babiej Góry poszedł sprawnie choć łatwo nie było. Przyczyną był w zasadzie agonalny stan mojego amora - ledwo co tłumił nierówności. Zmieniłem jednak trochę trasę zjazdu - wbiłem się na przecinająca szlak drogę leśną. I przyznam się , że był to strzał w dziesiątkę. Co prawda jechało się dużo dłużej ale za to po fajnej, utwardzonej drodze :). Tym sposobem znalazłem ciekawą alternatywę najgorszego odcinka zółtego szlaku :). Żeby znowu nie było monotonie to z żółtego szlaku odbiłem na niebieski i tu już asfaltem dojechałem do obrzeży Orawskiej Polhory. Następnie pojechałem klasycznie w stronę starego przejścia granicznego na Przełęczy Glinne skąd już tą samą drogą do domu przez Rychwałdek i Kocierz :)

Podsumowując: Cel zrealizowany w 100%. Fan z jazdy genialny choć byłby zapewne większy, gdyby żółty na Babią był bardziej przejezdny. Teraz pora na kolejne tegoroczne cele :)
Kategoria Beskid Żywiecki


Dane wyjazdu:
43.20 km 35.00 km teren
03:13 h 13.43 km/h:
Maks. pr.:58.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1290 m
Kalorie: kcal

Nieśmiertelny Leskowiec :)

Poniedziałek, 22 lipca 2013 · dodano: 27.07.2013 | Komentarze 2

W końcu, po blisko 1,5 miesięcznej przerwie, wjechałem w teren :). A dlaczego tak długo trwała moja szosowa przygoda??? Powód prosty :) - 1,5 miesiąca temu przesiadłem się na SPD i chciałem wpierw dobrze potrenować na asfaltach by z pompą wjechać w teren :D.
No to przyszła pora na terenowego stwora :D. Przełożyłem laczki na terenowe, w tym na tył poszła nóweczka Panaracer Fire XC Pro i ruszyłem wpierw na Trzonkę, moją klasyczną trasą. Oj przyznam się, że różnica była piorunująca - nowa oponka i przede wszystkim SPD zrobiły swoje. Miejsca , które robiłem na 2/3 razy poszły z paluszkiem w ... na raz i to bez większego wysiłku. Oponka kleiła się wyśmienicie a SPD nie pozwoliło zsiadać z Bike'a :). Kręciło się wybornie!! Z Trzonki ruszyłem na Kocierz zielonym szlakiem.


Początek uphillu na Trzonkę.




Przełęcz Targanicka.

W drodze na Kocierz spasowałem tylko w jednym miejscu ( dość mocny podjazd z mega ilością luźnych kamieni ). Po prostu miałem obawy, że mogę się w porę nie wypiąć uślizgując na kamieniu. Oczywiście obawy okazały się bezpodstawne ale jako nowicjusz SPD w terenie wolałem dmuchać na zimne. Po tym jednym incydencie postanowiłem być ambitny i resztę podjazdów pokonywać na bike'u. A pomyślałem - raz kozie śmierć!! Hehe najwyżej GOPR będzie mnie ściągał :D. Z Kocierza pomknąłem czerwonym szlakiem na Leskowiec. Każdy wie, kto jechał tą trasą, że sam początek szlaku ( może 50 metrów za drogą asfaltową ) jest mega kamienisty. Obawiałem się trochę tego odcinka ale SPD sprawdziło się wyśmienicie - poszło bez problemu :). Pomyślałem, że skoro ten odcinek poszedł gładko to reszta też :). I tak sobie kulturalnie pedałowałem, bez żadnych przeszkód na Leskowiec. Nawet przejazd przez Madohorę nie sprawił mi żadnych problemów a wiadomo, że jest tam mocno korzennie :).


Potrójna - tym razem zjazd bez skoków :). Hehe ostatnim razem skończyło się kapciem :)


Wjazd na Madohorę.


Jak to na czerwonym - raz w dól, raz pod górę ale i tak zabawa jest przednia :).


Namiastka "rąbanki beskidzkiej".


Laba na Leskowcu ;)




Góra Matka - będę ją atakował w czwartek.

Na Leskowcu zrobiłem sobie przerwę- jakieś dobre pół godziny poleżałem sobie na polanie, wpatrując się w Górę Matkę i układając sobie plan Pilsko-Babia Expedition. Po tym popasie ;) zjechałem do, nota bene jednego z moich ulubionych, schroniska na małego Okocimia. Co jak co ale tam piwko smakuje wyśmienicie :). Ludzi jak przystało na tydzień, mało. Czyli tak jak lubię. Nie obyło się też bez czynnika estetycznego ;). Nie , nie mówię tu akurat o pięknych widokach gór ale pięknych niewiastach, które spotkałem w schronisku. Rzadko mi się to zdarza, ale gdy je ujrzałem to mnie po prostu zamurowało!!( z wrażenia nawet cześć nie powiedziałem ). Nazwę to zdarzenie taką wisienką na torcie tegoż tripu :D.




Przepiękny widok z Gronia Jana Pawła II.


Krótki singielek u stup Gronia JP II

Po ochłonięciu ;) wjechałem na Groń Jana Pawła II w celu pooglądania pięknych widoków. Widoczność była genialna - Kraków był widoczny jak na dłoni. Następnie wróciłem się do schroniska i krótkim singielkiem wjechałem na zielony szlak do Andrychowa. Zjazd z Gancarza mega stromy, adrenalina była niezła :). Później to już była bardziej rekreacyjna jazda, gdyż nogi chyba już zapomniały jak to się jeździ w terenie i odczuwałem lekkie zmęczenie. Przed ostatnim terenowym zjazdem przed Pańską Górą zjechałem trochę ze szlaku. Hehe najlepsze jest to, wiedziałem że muszę być czujny ale mimo wszystko przejechałem skręt. Nic złego się nie stało bo wyjechałem może 50 metrów od szlaku a w zamian miałem krótki, ale za to bardzo fajny singielek.


Fragment Beskidu Małego widzianego chyba z okolic Zagórnika ;).

W Andrychowie nie omieszkałem zahaczyć o kultowego włoskiego lodzika. Hehe tym razem ptak mnie nie osrał :D. Powrót niestety już asfaltowymi drogami. Choć nie ma źle - na 43 kilometry tylko 8 po asfalcie :)
Kategoria Beskid Mały


Dane wyjazdu:
75.00 km 0.00 km teren
03:01 h 24.86 km/h:
Maks. pr.:68.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1070 m
Kalorie: 2122 kcal

Do i po pracy ( Outlet ) z nutką uphillową ;)

Niedziela, 21 lipca 2013 · dodano: 23.07.2013 | Komentarze 2

Tym razem zostałem wydelegowany do trzeciego sklepu mojej firmy w Bielsku ( i tak będę rzucany do listopada ). Droga do pracy nie była ambitna - rzekłabym klasyk. Z racji, że nie wiedziałem ile mi zajmie droga postanowiłem wyjechać dużo wcześniej. Jednak poszło mi dość sprawnie i przyjechałem 20 minut przed czasem. Odpracowałem 6 godzin i oficjalnie rozpocząłem urlopa :). W Bielsku zatrzymałem się jeszcze na obiad ( kebab ) i piwko by zaraz po nim ruszyć na uroczyste otwarcie urlopu. Na pierwszy ogień poszedł Przegibek. całkiem fajnie mi się wyjeżdżało - narzuciłem sobie nawet mocniejsze tempo :). Czasu nie liczyłem... Na Przegibku przerwa na picie i rozkmina co dalej. Myślałem o Kocierzu ale zapewne nie wyrobiłbym się przed zmrokiem. Zatem ruszyłem w stronę Zapory w Porąbce. W centrum gminy uzupełniłem napoje, przy okazji spotykając znajomych. Chwila pogawędki i ruszyłem na...Przełęcz Targanicką. Przecie jedna przełęcz na początek urlopu to za mało :).


W drodze na Targaniską.


Przełęcz Targanicką.

Wyjątkowo postanowiłem wyjechać na sam szczyt nie używając młynka ( tzw. jedynki z przodu ). No niestety na ostatnich metrach byłem zmuszony wjeżdżać na stojąco ale dalej na 2-ce z przodu :). Później to już standard do domu. Urlop uznaję za oficjalnie otwarty!! :)


Dane wyjazdu:
45.00 km 0.00 km teren
01:51 h 24.32 km/h:
Maks. pr.:59.00 km/h
Temperatura:22.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:460 m
Kalorie: 1263 kcal

Do i z pracy ( Sarni )

Piątek, 19 lipca 2013 · dodano: 23.07.2013 | Komentarze 0

Co tu dużo pisać :D. Zwykła, mało ambitna droga do pracy tylko, że nie do mojego sklepu ( z racji rozbudowy ) tylko do drugiego ( na Sarnim Stoku ). Bez szału, bez napinki, bardzo spokojnie by jakoś wyglądać :D. Co ciekawe zajechałem szybciej niż do Gemini, może dlatego, że górek mniej :). Z powrotem zahaczyłem jeszcze o stary rynek w celu spożycia poroboczego piwka. "Pech" ;) chciał, że spotkałem znajomych i trochę mi zeszło :D.
Nie ma zdjęć więc będzie miuzik :). Tym razem trochę inne klimaty :)