Info
Więcej o mnie.
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj10 - 0
- 2026, Kwiecień21 - 0
- 2026, Marzec14 - 0
- 2026, Luty8 - 0
- 2026, Styczeń10 - 0
- 2025, Grudzień14 - 0
- 2025, Listopad15 - 0
- 2025, Październik15 - 0
- 2025, Wrzesień18 - 0
- 2025, Sierpień19 - 0
- 2025, Lipiec16 - 0
- 2025, Czerwiec22 - 0
- 2025, Maj19 - 0
- 2025, Kwiecień19 - 0
- 2025, Marzec16 - 0
- 2025, Luty10 - 0
- 2025, Styczeń11 - 0
- 2024, Grudzień15 - 0
- 2024, Listopad14 - 0
- 2024, Październik15 - 0
- 2024, Wrzesień15 - 0
- 2024, Sierpień28 - 0
- 2024, Lipiec19 - 0
- 2024, Czerwiec16 - 0
- 2024, Maj21 - 0
- 2024, Kwiecień17 - 0
- 2024, Marzec17 - 0
- 2024, Luty12 - 0
- 2024, Styczeń17 - 0
- 2023, Grudzień13 - 0
- 2023, Listopad9 - 0
- 2023, Październik16 - 0
- 2023, Wrzesień10 - 0
- 2023, Sierpień15 - 0
- 2023, Lipiec16 - 0
- 2023, Czerwiec15 - 0
- 2023, Maj18 - 0
- 2023, Kwiecień13 - 0
- 2023, Marzec14 - 0
- 2023, Luty13 - 0
- 2023, Styczeń11 - 0
- 2022, Grudzień10 - 0
- 2022, Listopad6 - 0
- 2022, Październik15 - 0
- 2022, Wrzesień9 - 0
- 2022, Sierpień21 - 0
- 2022, Lipiec19 - 0
- 2022, Czerwiec21 - 0
- 2022, Maj29 - 0
- 2022, Kwiecień23 - 0
- 2022, Marzec31 - 0
- 2022, Luty8 - 0
- 2022, Styczeń11 - 0
- 2021, Grudzień15 - 0
- 2021, Listopad4 - 0
- 2021, Październik28 - 0
- 2021, Wrzesień18 - 0
- 2021, Sierpień22 - 0
- 2021, Lipiec30 - 0
- 2021, Czerwiec24 - 0
- 2021, Maj23 - 0
- 2021, Kwiecień25 - 0
- 2021, Marzec26 - 0
- 2021, Luty16 - 0
- 2021, Styczeń8 - 0
- 2020, Grudzień10 - 0
- 2020, Listopad6 - 0
- 2020, Październik23 - 0
- 2020, Wrzesień22 - 0
- 2020, Sierpień20 - 0
- 2020, Lipiec42 - 0
- 2020, Czerwiec25 - 0
- 2020, Maj19 - 0
- 2020, Kwiecień41 - 0
- 2020, Marzec25 - 0
- 2020, Luty16 - 0
- 2020, Styczeń24 - 0
- 2019, Grudzień17 - 0
- 2019, Listopad18 - 0
- 2019, Październik23 - 0
- 2019, Wrzesień16 - 0
- 2019, Sierpień6 - 0
- 2019, Lipiec5 - 0
- 2016, Marzec2 - 2
- 2016, Luty5 - 8
- 2016, Styczeń2 - 6
- 2014, Listopad4 - 10
- 2014, Październik5 - 14
- 2014, Wrzesień5 - 5
- 2014, Sierpień13 - 28
- 2014, Lipiec9 - 15
- 2014, Czerwiec13 - 34
- 2014, Maj13 - 29
- 2014, Kwiecień6 - 10
- 2014, Marzec9 - 19
- 2014, Luty8 - 15
- 2014, Styczeń7 - 24
- 2013, Grudzień8 - 16
- 2013, Listopad3 - 8
- 2013, Październik11 - 26
- 2013, Wrzesień7 - 10
- 2013, Sierpień9 - 18
- 2013, Lipiec8 - 26
- 2013, Czerwiec9 - 31
- 2013, Maj8 - 22
- 2013, Kwiecień9 - 41
- 2013, Marzec7 - 26
- 2013, Luty5 - 31
- 2013, Styczeń5 - 51
- 2012, Grudzień5 - 20
- 2012, Listopad7 - 20
- 2012, Październik6 - 31
- 2012, Wrzesień5 - 29
- 2012, Sierpień7 - 31
- 2012, Lipiec3 - 8
- 2012, Czerwiec5 - 12
- 2012, Maj4 - 13
- 2012, Kwiecień2 - 6
- 2012, Marzec2 - 2
- 2012, Luty2 - 8
- 2011, Grudzień4 - 8
- 2011, Listopad1 - 3
- 2011, Sierpień2 - 9
- 2011, Czerwiec2 - 4
- 2011, Maj1 - 0
- 2011, Kwiecień1 - 1
- 2011, Marzec1 - 2
- 2011, Styczeń1 - 0
- 2010, Grudzień1 - 0
- 2010, Listopad1 - 0
Dane wyjazdu:
211.89 km
0.20 km teren
08:18 h
25.53 km/h:
Maks. pr.:62.70 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1180 m
Kalorie: kcal
No i stało się!!!!! Pierwsze 200 km. za mną :)
Środa, 22 sierpnia 2012 · dodano: 22.08.2012 | Komentarze 12
No i stało się!!! Pierwszy raz w moim (jakże długim) życiu wykręciłem ponad 200 kilometrów w jeden dzień :). Jedno z wielu postanowień tego roku w końcu spełniłem. Z racji, że było to moje pierwsze 200 km. to przy układaniu trasy nie myślałem nawet o żadnych uphillach. Trasa miała być prosta, asfaltowa i co najważniejsze płaska bo po górkach bym na pewno tego nie dokonał - przynajmniej narazie ;). Aaaa zapomniałbym - nie brałem też pod uwagę żadnych bocznych dróżek słabo oznaczonych na mapie. Powód??? Banalny - znając mnie na pewno bym się zgubił i straciłbym dużo czasu :D.Z racji, że trasa "daleka" :D wstałem wcześnie i już po 6 rano kręciłem w stronę Zatora. Powiem szczerze - o tej porze to można śmigać!! Niewielki ruch i super świeże powietrze. Podczas przejazdu przez Babice nie omieszkałem oczywiście odwiedzić Zameku Lipowiec. Wizyta ta była krótka i zakończyła się tylko wejściem na pierwszy dziedziniec - reszta była jeszcze zamknięta. Będę musiał się tam przejechać w godzinach otwarcia bo zamek robi genialne wrażenie.

Widok na andrychowską część Beskidu Małego parę chwil po wschodzie słońca.

Poranne mgły.


Zamek Lipowiec.
Cóż mogę powiedzieć o samej jeździe??? Kręciło nie naprawdę fajnie. Pierwotnie myślałem, że trzeba będzie trochę ukręcić tempa ale jakoś się nie dało :D. Noga tak dobrze podawała, że aż żal było jej przeszkadzać :D. Widokowo, to też nie mogę narzekać. Mijałem bardzo miłe dla oka ryneczki ( Zator, Chrzanów, Bieruń , Pszczyna), widoczki i zamki. Standardowo, jak na lekarstwo było bikerów - taki urok jazdy w środku tygodnia. Nie będę się jakoś szczególnie rozpisywał nad przebiegiem samej trasy bo za bardzo nie ma o czym. Sama mapka mówi za siebie ;).

Jezioro Chechło - oj się chciało wskoczyć ale czas gonił.

Rynek w Chrzanowie.
Z takich ciekawostek to mogę powiedzieć, że za chiny ludowe nie mogłem znaleźć żadnego normalnego jedzenia na rynku w Pszczynie. Po prostu makabra!!! Nie no jedna pizzeria była (zamknięta), jakaś jedna restauracja (wyglądała na elegancką więc nawet nie wchodziłem) i jeden lokal z kebabem, a tak to same ogródki piwne.. Co dziwne, jako fan tureckiego jedzenia , kompletnie nie miałem na nie ochoty, ale z braku laku trzeba było coś wszamać by nie opaść z sił. I zamówiłem tzw. zestaw 13 :) - patrz poniżej!!!

Zestaw nr 13
Jak to cosik zobaczyłem to mnie zamurowało. Pomyślałem: ja to mam zjeść??? ...Dałem radę :D...Po raz kolejny - ja głupi - zaufałem googlemaps, a jak wiadomo one są tak precyzyjne i aktualne, że musiałem się sporo razy zatrzymywać i dokładnie analizować widok satelitarny bo zwykła google mapa nie dawała rady.



Heheh standardowo zahaczyłem o stary rynek w Bielsku i oczywiście przechyliłem w Opium kufel zimnego Brackiego. Oj jak mi tego trzeba było!! Nie ma jak zimny browarek jak się już pomalutku zbliża do 200 kilometrów. Co najlepsze dodał mi takiego powera, że jeszcze byłem się w stanie ścigać z jakimś kolesiem na szosie przez Zarzecze i Międzybrodzie Żywieckie. Niestety miałem już prawie 190 km. przejechane więc sobie odpuściłem dalsze sprinty bo mogło by się to źle skończyć.

Nie ma jak Brackie podczas tripu ;)© jakubiszon
Reasumując: trip jak najbardziej udany, cel wykonany, pogoda dopisała, choć mogło trochę siurnąć z nieba - tak dla ochłody :), a co najważniejsze aż tak mocno wyrąbany nie byłem jak się tego spodziewałem.
Wnioski: teraz trzeba zrobić co najmniej 250 km. albo zrobić 200 km, ale w górzystym terenie ;).
Kategoria CO do zasady asfalt
Dane wyjazdu:
106.90 km
1.00 km teren
04:10 h
25.66 km/h:
Maks. pr.:65.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:820 m
Kalorie: kcal
Be like a Sunday Biker ;)
Niedziela, 19 sierpnia 2012 · dodano: 20.08.2012 | Komentarze 3
To już drugi raz w tym tygodniu przytrafiło mi się wyjechać w dzień wolny (teoretycznie) od pracy - coś anormalnego :). Rzekłbym nawet, że tym razem poczułem się jak niedzielny rowerzysta "amator" :D. Różnica w tym jest tylko taka, że mi się "przytrafiło" wykręcić setkę :D. Pomysłu na trasę w zasadzie nie miałem w ogóle. Był tylko jeden cel - jakimś sposobem wskoczyć do Bielska, niby pod pozorem zobaczenia koncertu dla emerytów, a mianowicie koncertu Francesco Napoli ( gwiazdy włoskiego disco ubiegłego wieku :D ). Prawdziwym powodem jednak było moje ulubione lane Brackie w Opium :). Opcje były dwie: albo jechać na Kocierz, Żywiec, albo uderzyć na Wilamowice, Goczałkowice. Z racji, że na Kocierzu byłem w środę, wybrałem drugą opcję. Po drugie, skoro środa była stricte uphillowa, to niedziela będzie "lajtowa" tzn. płaska.Zatem ruszyłem w stronę Wilamowic, Brzeszcz. Jechało się bardzo przyjemnie. Noga podawała aż miło, nawet upał mi nie przeszkadzał :). Jedyni trochę silniejszy wiatr dawał się we znaki ale ogólnie śmigałem ostro. Pierwotnie planowałem zaliczyć Pszczynę, ale jazda dość mocno zatłoczoną drogą z Brzeszcz do Pszczyny (droga nr 933) nie była zbyt komfortowa więc odbiłem na miejscowość Rudołtowice. I to był bardzo dobry wybór - droga wąska, na której w ogóle nie było ruchu.

W kierunku Wilamowic.

Ciekawi widok - kopalnia a w tle Skrzyczne.

Jak ogłuchnę albo oślepnę to tam się będę leczył ;)
Skoro już odwiedziłem Goczałkowice-Zdrój, to grzechem by było nie wpadnięcie nad Zbiornik Goczałkowicki. Oczywiście jak przystało na niedzielę, na zaporze było mnóstwo ludzi, tym razem nie rowerzystów, rolkowców, a rodzinek z dziećmi i psami. Dalej sprawdzona drogą ruszyłem na Bronów i Międzyrzecze Dolne. Tam też odbiłem na Mazańcowice by wjechać na Trzy Lipki. Widoki?? Oczywiście przednie :).




Widok z Trzech Lipek na Bielsko.

Krzyż na Trzech Lipkach.
Z Trzech Lipek ruszyłem już na stary rynek w wiadomo jakim celu :). Oczywiście z racji koncertu Francesco Napoli na rynku zebrała się masa ludzi, głownie powyżej 50-go roku życia, z tej racji nawet nie myślałem oglądać koncertu tylko od razu wpadłem na napój bogów do Opium. Szczęściem w nieszczęściu było fakt, że akurat usiadłem w takim miejscu, że widziałem od tyłu fragment "widowiska". Powiem szczerze - totalnie nie moje klimaty muzyczne!!! Ale przynajmniej pośmialiśmy się z jegomościa z barmanką :D. Dalej już standardowo ruszyłem na Przegibek, by przez Międzybrodzie dotrzeć do domu. Chociaż jeden uphill musiałem zaliczyć :D.

W drodze na Przegibek.
Kategoria CO do zasady asfalt
Dane wyjazdu:
127.00 km
2.00 km teren
06:55 h
18.36 km/h:
Maks. pr.:74.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2620 m
Kalorie: kcal
Asfaltowe Podjazdy Beskidu Małego vol. 2
Środa, 15 sierpnia 2012 · dodano: 19.08.2012 | Komentarze 4
I przyszła w końcu pora na drugie podejście do Asfaltowych Podjazdów Beskidu Małego!! Na wstępie powiem, że próba tym razem udana, choć nie obyło się beż chwil totalnej słabości. Zatem jakież to były podjazdy??Już wymieniam (kolejność chronologiczna) :
- podjazd na Przełęcz Kocierską,
- podjazd na Przełęcz Targanicką,
- podjazd na Chrobaczą Łąkę,
- podjazd na Żar,
- podjazd na Magurkę Wilkowicką,
- podjazd na Przegibek.
Za pierwszym razem miałem inną kolejność, zaczynałem w Bielsku i co najważniejsze nie uwzględniłem wtedy Magurki Wilkowickiej. Skoro pierwsza próba zdobycia najgorszych chyba podjazdów w Beskidzie Małym się nie powiodła (kontuzja kolana) to kolejna musiała być wzbogacona - trza być ambitnym :D.
Dwa pierwsze podjazdy zrobiłem z łatwością :). Nie powiem, ale nie narzucałem sobie mocnego tempa, gdyż świadomość tylu podjazdów zmusiła mnie do, mówiąc krótko, oszczędzania się. Jeszcze nie jestem takim hardcorowcem, żeby 2620 metrów przewyższeń robić na maxa!! :).

Kocierz© jakubiszon

Słynna ławeczka na Kocierzu© jakubiszon

Przełęcz Targanicka© jakubiszon

Początek podjazdu pod Chrobaczą Łąkę© jakubiszon

Widoczek na Jezioro Międzybrodzkie© jakubiszon

Paralotniarze nad Chrobaczą Łąką© jakubiszon
Na Chrobaczej oczywiście przypomniał się mój spitolony kręgosłup, ale nie było jeszcze tragedii. Podczas przejazdu koło schroniska nie mogłem uwierzyć co lub kogo zobaczyłem :). Otóż moim oczom ukazał się k4r3l. Ależ to było pozytywne zdziwienie. Krótka pogaduszka i ruszamy wspólnie na Żar. Z racji, że Kuba miał stricte szosowe opony, to zjeżdżał wolniej, ja natomiast prułem ostro w dół :). Niestety ostatni, ni to asfaltowy, odcinek był dość mocno ubłocony więc trzeba było uważać przy zjeździe. Na domiar złego jakiś hanyski baran postanowił sobie zawrócić autem i zataranował całą drogę. O mały włos nie doszło do tragedii bo zauważyłem dziada w ostatniej chwili - miało się troszkę na budziku :). I debil zamiast szybko zawracać to patrzył się jak ja próbuję wyhamować na błotnistej nawierzchni. Wyhamowałem może metr przed debilem. Oczywiście nie obyło się bez wulgarnych wyzwisk z mojej strony!! Do dziada chyba to nie dotarło bo był w niezłym szoku...Nie ujechałem może 400 metrów i znów jacyś emeryci wyskoczyli mi zza zakrętu - dzięki bogu udało mi się ich ominąć ale łatwo nie było. Gdyby mi się to nie udało to mogłem przy prędkości 62 km/h wbić się w krzaki, a wtedy by ze mnie nić nie zostało. Tak to jest jak się wybiera trip w dni tzw. świąteczne. Dalej jechaliśmy już z Kuba razem, na przemian się wyprzedzając. Nie powiem, tempo mieliśmy ostre - w jednym momencie na prostce mieliśmy na budziku 44km/h. Na podjeździe na Żar rozdzieliliśmy się. Mi się już mózg lasował pod kaskiem więc się musiałem zatrzymać i go zdjąć. Podczas podjazdu na Żar poczułem już pierwsze symptomy zmęczenia. Na Żarze dłuższa przerwa (czyt. relacja k4r3l'a) i ruszyliśmy dalej w dół. Zjazd genialny mimo tłumów na drodze. Na moście rozdzieliliśmy się z Kubą i każdy ruszył w swoją stronę.

k4r3l pomyka przez Międzybrodzie Bialskie© jakubiszon

Widoczek z Żaru.© jakubiszon
Dalej przez Zarzecze i Łodygowice ruszyłem w stronę Podjazdu na Magurkę. A sam podjazd??? Osobista porażka!!! Powodem było już dość mocne zmęczenie organizmu. Na domiar złego zrobiłem się niemiłosiernie głodny i chyba to było powodem fatalnego wjazdu na Magurkę. Momentami musiałem się zatrzymywać co 200 metrów i odpoczywać. Podratowały mnie trochę ostrężyny rosnące przy drodze :). Na Magurce spóźniony obiad i ruszyłem dalej czerwonym szlakiem w stronę Łysej Przełęczy ( bardzo fajny zjazd). Jak tradycja nakazuje trzeba było napić się nieśmiertelnego Brackiego więc ruszyłem na Stary rynek w Bielsku :).

Podjazd na Magurkę Wilkowicką© jakubiszon

A w oddali schronisko na Magurce Wilkowickej ;)© jakubiszon
Po uzupełnieniu kalorii chmielowych ruszyłem na Przegibek, by docelowo dojechać do domu. Sam podjazd (już ten ostatni z listy) odbył się w tempie, mówiąc szczerze - nie za szybkim ;). Co ciekawe po zjechaniu do Międzybrodzia siły powróciły i dalej już mknąłem ze średnią prędkością 27km/h.
A teraz trochę statystyk prędkościowych :
- Vmax z Kocierza - 67 km/h;
- Vmax z Przełęczy Targanickiej - 65 km/h;
- Vmax z Chrobaczej Łąki - 72 km/h;
- Vmax z Żaru - 74 km/h;
- Vmax z Magurki Wilkowickiej - 62 km/h;
- Vmax z Przegibku - 68km/h.
Kategoria Beskid Mały, CO do zasady asfalt
Dane wyjazdu:
108.42 km
45.00 km teren
07:15 h
14.95 km/h:
Maks. pr.:67.00 km/h
Temperatura:17.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2110 m
Kalorie: kcal
Ważniejsze szczyty Beskidu Żywieckiego ;)
Wtorek, 7 sierpnia 2012 · dodano: 16.08.2012 | Komentarze 3
....Jak zawsze mocny poślizg z wpisem- u mnie ostatnio to norma :)....Po raz drugi powróciłem w Beskid Żywiecki z mocnym MTB. Tym razem skupiłem się na ważniejszych szczytach tego pasma, a mianowicie na Romance, Rysiance, Lipowskiej i jakże popularnej Hali Boraczej. Pierwotny zamysł na trasę i na szczyty był zgoła inny, ale z racji, że wpadł mi kiedyś, pewnego szatańskiego wieczora, harcorowy pomysł, żeby objechać cały Beskid Żywiecki -od południa wzdłuż granicy niebieskim/czerwonym szlakiem, a od północy asfaltem - stąd trzeba było się częściowo zapoznać z owym niebieskim. Zatem postanowiłem rozpocząć rekonesans wjeżdżając na niebieski szlak z Przełęczy Glinka. Wsiadłem w Bielsku w pociąg do Rajczy, a później już przez Ujsoły dotarłem asfaltem do przejścia granicznego.

"Niezapomniana" ponad godzinna podróż naszym wspaniałym PKP :D.

W drodze na Przełęcz Glinka.

Początek MTB czyli wjazd na niebieski szlak wzdłuż granicy polsko-słowackiej :).
Pogoda początkowo nie zapowiadała się ciekawie - momentami niezła mgła, chłodno i spore zachmurzenie, z którego na Krawcowym Wierchu spadł nawet niezły deszcz. Ale co tam :). Grunt, że trasa była genialna - wymagające, śliskie podjazdy i niczym nie ustępujące zjazdy. Jak przystało na Beskid Żywiecki - mnoga ilość singiel tracków i oczywiście... korzeni :D. Za to po prostu kocham ten rejon!!! Momentami byłem nawet trochę poirytowany warunkami na trasie. Teren był tak namoknięty, że opony nie radziły sobie kompletnie z błotem, ale taki urok jazdy po deszczach :).

A na Hrubej Bucinie (1132 m.n.p.m.) przywitała mnie "skromna" mgła.

To co tygryski lubią najbardziej :) - jeden z wielu singiel tracków. (zdjęcie chyba nie do końca oddaje spadek terenu).


W końcu pojawił się "promyk nadziei" na lepszą pogodę :).
Tuz przed podjazdem na Trzy Kopce zza chmur wyszło słońce i towarzyszyło mi do końca tripu. Dzięki bogu bo już myślałem, że mogę tylko pomarzyć o ładnych widoczkach. Szczerze mówiąc odcinek wzdłuż granicy upłynął mi nawet dość szybko :). Na Trzech Kopcach chwila rozważań nad lekką zmianą planów. Z racji, że czas miałem bardzo dobry wpadł mi do głowy szatański pomysł, żeby zaatakować Pilsko. I nawet ruszyłem w jego kierunku, ale na Palenicy (BRTS - wersja słowacka) podjąłem decyzję o zawróceniu, gdyż po dokładnej analizie dalszej trasy doszedłem do wniosku, że może mi zabraknąć czasu. Tak to jest jak człowiekiem rządzą emocje :). Zatem ruszyłem na Hale Rysiankę, a później na Romankę. Po drodze spotkałem przesympatycznego starszego pana - wielkiego fana trekking'u - z którym to uciąłem sobie dłuższą pogawędkę na temat naszych pięknych Beskidów. Na Rysiance krótka przerwa i udałem się na Romankę by później z powrotem wrócić na halę. Szczerze mówiąc sam szczyt Romanki jest kompletnie nieciekawy - cały zarośnięty, ale za to jaka była frajda ze zjazdu :). Podobnie było w przypadku zjazdu z Rysianki na Halę Pawlusią tylko, że tam przez przypadek zjechałem ze szlaku. Ale było warto - genialny singielek.

Hala Rysianka i te widoki!!! Cud, miód i orzeszki :).

Widok na Pilsko I Babia Górę z Hali Rysianki.
&feature=youtu.be
Panorama z Hali Pawlusiej.

Romanka.
Dalej kierowałem się w kierunku Hali Boraczej żółtym, a następnie czarnym i zielonym szlakiem. Odcinek bajka - widoczki genialne, a sama trasa przezaje...sta!!!! Tym razem nie było singli ale za to szeroka, kamienista leśna droga.

Nawet Tatry Zachodnie się ukazały :).



Jako, że Hala Boracza słynie ze swoich jagodzianek, nie omieszkałem ich spróbować. Heheh powiem tak : wyśmienite, a co ciekawe był to mój pierwszy posiłek na trasie, ale nie ostatni :). Postanowiłem sobie tam zrobić dłuższą przerwę by zregenerować siły na dalszą część wyprawy. Na wstępie czekał na mnie po prostu przegenialny asfaltowy zjazd do Żabnicy. A co było w nim takiego genialnego??? Już mówię - wąski, kręty, stromy, mega szybki, asfaltowy odcinek. Po prostu coś pięknego! Wtedy to uzyskałem najlepszą prędkość podczas całej wycieczki - 67 km/h. Następnie wbiłem się na czarny rowerowy szlak na Suchy Groń. Oczywiście chcąc sobie trochę skrócić drogę zboczyłem z trasy i się "z deczka" pogubiłem, przez co musiałem się przedzierać przez chaszcze i przy okazji straciłem mnóstwo czasu . Po drodze do Węgierskiej Górki zahaczyłem jeszcze o bunkry (forty) - Wyrwidąb i Wędrowiec. Niestety fortu Wąwóz nie udało mi się odnaleźć - czas gonił :/.

Zjazd na Halę Boraczą.

Fort Wyrwidąb.

Fort Wędrowiec.
W Węgierskiej Górce zatrzymałem się na obiad (Tortilla) bo już opadałem z sił i ruszyłem standardowo w stronę Bielska przez Radziechowy, Lipową, Buczkowice.
Jak tradycja nakazuje, nie obyło się bez piwka/ek (Brackie) na starym rynku oczywiście w Opium ;).
Kategoria Beskid Żywiecki
Dane wyjazdu:
61.95 km
1.00 km teren
02:19 h
26.74 km/h:
Maks. pr.:60.50 km/h
Temperatura:24.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:270 m
Kalorie: kcal
Obiadowo-asfaltowo.
Piątek, 3 sierpnia 2012 · dodano: 03.08.2012 | Komentarze 4
No cóż wstałem po nocce i tak sobie myślę co tu robić???? Po pierwsze trzeba by było zjeść jakiś obiad. Ale robić mi się za chiny ludowe nie chciało :D. Więc trza sobie kupić!!! Ale że pogoda na zewnątrz ładna więc....siadłem na bike'a i ruszyłem na Kęty by sobie wszamać kebaba :). Można by sobie pomyśleć co za debil jedzie na rowerze ok. 20-stu kilometrów by zjeść tureckie papu jak ma w zasadzie pod nosem :D. To się nazywa CYKLOZA!!! Zatem zarzuciłem na siebie kolarskie ciuchy i ruszyłem przez Hałcnów do Kęt. Trasa totalnie mało ambitna ale nie takie było założenie. W trakcie spożycia obiadu (Kebab i piwko) rozmyślałem nad dalszą trasą i padło na kierunek Bielany, Dankowice i Bestwina. Trasa bardzo łagodna, płaska więc można było trochę przycisnąć :). Oczywiście dobrze wiedziałem, że na popołudnie zapowiadają burze i przelotne deszcze ale przy takiej temperaturze to sama rozkosz :). Deszcz złapał mnie gdzieś w okolicach Starej Wsi ale niestety nie orzeźwił mnie za bardzo :/.
Okolice Starej Wsi.
Jakoś po drodze mnie naszło, że w sumie nigdy nie byłem w Kaniowie więc odbiłem troszkę z trasy. No niestety nie dotarłem tam, gdyż po przeanalizowaniu mapy stwierdziłem, że musiałbym się wracać tą samą trasą - ja tak nie lubię :). W Czechowicach wbiłem się na ulicę Pionkową i jechałem fajnym szuterkiem wzdłuż stawów. Bardzo fajna trasa i ładne widoczki. Pech chciał, że zapomniałem wyłączyć w telefonie GPS'a i szybko rozładowała mi się komórka więc nie było mowy o zrobieniu zdjęć komórką. A szkoda bo naprawdę było co focić.
Żeby tradycji stało się za dość trip trzeba było podsumować piwkiem na starym rynku w Bielsku. Tym razem padło na Opium i to nie nawet ogródek ale piwnica, gdyż plątało się za dużo mundurowych na rynku :) (powód- jakiś koncert smyczkowy). Ale warto było zmienić lokal - ach te BRACKIE!!!!.... I ta barmanka ;)!!
Kategoria CO do zasady asfalt
Dane wyjazdu:
25.95 km
0.00 km teren
01:06 h
23.59 km/h:
Maks. pr.:59.00 km/h
Temperatura:24.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:250 m
Kalorie: kcal
nietypowy wpis (Home->Luk20->Home)
Środa, 1 sierpnia 2012 · dodano: 02.08.2012 | Komentarze 2
Cóż się będę rozpisywał. W zasadzie nic ciekawego - zwykła traska z domu do pracy i z powrotem ;).Co ciekawe zestawiłem tą trasę w różnych serwisach (MapMyRide i Bikemap) i wyszły inne dane. Po pierwsze dystans: MMR- 24.83; Bm- 24,5. Co ciekawe mój licznik wskazywał 25.95. Po drugie przewyższenia: MMR- 210; Bm- 250. I być tu człowieku mądry :D.
P.S. Jest to mój pierwszy taki wpis i....chyba ostatni bo nie widzę sensu ani potrzeby zawalania bloga takimi pierdołami :D. Ten zrobiłem wyjątkowo żeby porównać dane z tripu :).
Dane z MapMyRide.
Kategoria CO do zasady asfalt
Dane wyjazdu:
123.90 km
5.00 km teren
06:15 h
19.82 km/h:
Maks. pr.:72.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1670 m
Kalorie: kcal
Rekonesans asfaltowy po Beskidzie Makowskim.
Środa, 18 lipca 2012 · dodano: 01.08.2012 | Komentarze 2
...To się nazywa mieć poślizg z wpisem ;).Jak sam tytuł mówi wiadomo jaki był cel tripu - wstępne poznanie, a dokładnie mówiąc obejrzenie krajobrazu Beskidu Makowskiego z szosy by w przyszłości dogłębnie spenetrować tę część Beskidów. No i przyznam się bez bicia, że jest to ciekawe pasmo, troszkę inne niż Beskid Mały czy też Śląski - mniej zalesiony ale za to bardziej pagórkowaty.
Trasę rozpocząłem inaczej niż zazwyczaj, bo z pod domu rodzinnego (Czańca). Standardowo do Wadowic dostałem się czerwonym szlakiem rowerowym i jak zawsze na "polnym" odcinku się pogubiłem i wyjechałem w innym miejscu niż przewidywał szlak. Można by rzec, że jest to już moja tradycja :D. Nigdy mi się nie udało pokonać tego odcinka zgodnie z mapą :D.

Początek odcinka polnego - widoczek na Bliźniaki w Beskidzie Małym.

Oczywiście starałem się omijać główne drogi, zjechałem z czerwonego szlaku i kierowałem się na Zawadkę i Gorzeń Górny/Dolny by czarnym szlakiem rowerowym dojechać do, niestety, drogi głównej na Kraków. Ten niespełna kilometrowy odcinek nie wspominam najlepiej - makabryczny ruch - ale niestety musiałem go pokonać by dostać się do drogi na Łękawicę ( nie tą na Żywiecczyźnie ) . No i tu zaczęły się widoczki :) i oczywiste pomyłki w planowanej trasie. Ale cóż zrobić gdy się ma fajne podjazdy/zjazdy (szczególnie ten pod Łękawicę) i człowiek nie patrzy na mapę bo napawa się trasą :D. Do Stryszowa dojechałem główną drogą a nie jak planowałem szlakiem rowerowym/pieszym.


Ze Stryszowa ruszyłem na Zakrzów by pierwotnie wbić się na zielony szlak (ni to pieszy, ni rowerowy) ale jak się okazało takiego szlaku nie było, a w zamian był czarny rowerowy, który nagle się skończył przy jakimś ośrodku wypoczynkowym. Chwila koncentracji, dokładne przestudiowanie mapy i co?? Dupa!!! Teren ogrodzony, nie widać żadnej ścieżki biegnącej w las. Zgłupiałem. Poplątałem się trochę po obiekcie i z głupoty trafiłem na, w zasadzie nie widoczną, ścieżkę, która przerodziła się w...(patrz niżej) :)
Do Budzowa dojechałem bardzo sympatyczną leśną drogą :). Zrobiłem sobie tam przerwę na uzupełnienie płynów i zapasów jedzenia.

Z Budzowa ruszyłem do Makowa Podhalańskiego zielonym szlakiem. Oj ależ tam było mokro!!! Szlak nie dość, że bardzo zarośnięty to jeszcze niemiłosiernie wodnisty. Żałowałem, że wybrałem ten szlak!!! Nie dość, że dwa razy wpadłem całym butem do błota to jeszcze przez przypadek skasowałem sobie licznik. Oj sypały się kur...y pod nosem. Po wjechaniu na asfaltowy odcinek zielonego szlaku początkowo wkurwę przyćmił genialny zjazd. Już, już miałem na budziku 72 km/h i prognozy były na dużo więcej, aż tu...słuchawki wypadły mi z uszu (zapewne pęd powietrza był tego przyczyną) i jedną dosłownie zmieliły szprychy. No cóż trzeba było wyhamować!! FUCK!!! Nastąpiło wtedy apogeum wkur..nia! Nie dość, że but mokry, skasowany licznik to jeszcze będę musiał jechać do domu z jedną słuchawką.


Jedyny plus wyhamowania po stracie słuchawki - piękny widoczek :).
Tak a propo, gdyby nie ta słuchawka to doświadczył bym chyba najlepszego asfaltowego zjazdu - początek mega szybki, a końcówka kręta i wąska. Po prostu bajka!!! Zdenerwowanie spowodowało, że w Makowie Podhalańskim w ogóle się nie zatrzymałem i cisnąłem cały czas w stronę Suchej Beskidzkiej. Dzięki bogu znalazłem fajną drogę (żółty szlak rowerowy), która totalnie mijała główną drogę.

Karczma w Suchej Beskidzkiej.
W Suchej przerwa na obiad (kebab) i w pełni sił ruszyłem w stronę Przełęczy Kocierskiej przez Las i Łękawice (tym razem tą na Żywiecczyźnie). Nota bene strasznie nie lubiłem tej trasy ale wyjątkowo szybko i przyjemnie mi zleciała :). Jadąc w kierunku Kocierza zastanawiałem się , że byłyby jaja jakbym spotkał k4r3l'a, gdyż on często trenuję wyjeżdżając i zjeżdżając z przełęczy. Gdzieś na wysokości zjazdu na Kocierz Rychwałdzki widzę Bikera stojącego na poboczu, podjeżdżam, patrzę i kto mi się ukazuję??? Monsieur (czyt. mesję) k4r3l. Hhehe po prostu mega fuks!!! :) Cały odcinek do Andrychowa spędziliśmy na pogaduszkach ( no może poza zjazdem ) w bardzo delikatnym tempie :). To się nazywa pozytywny akcent na koniec tripu :).

Beskid Mały.
P.S. Dystans i średnia prędkość są orientacyjne z powodu skasowania licznika.
Kategoria Beskid Makowski, Beskid Mały, CO do zasady asfalt
Dane wyjazdu:
154.85 km
16.50 km teren
07:52 h
19.68 km/h:
Maks. pr.:67.00 km/h
Temperatura:24.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2360 m
Kalorie: kcal
Dream Babia Góra Tour 2012
Wtorek, 10 lipca 2012 · dodano: 16.07.2012 | Komentarze 3
Długo oczekiwana wyprawa!!!!Przygotowania trwały do niej od momentu "ponownego nasmarowania" kolana :). Można by rzec, że sam pomysł wjechania na Babią narodził się już w zeszłym roku, kiedy to dostałem propozycję uczestnictwa w takiej oto wyprawie lecz niestety pogoda i robocze weekendy przeszkodziły mi w niej. Ponownie do pomysłu powróciłem w tym roku podczas kuracji glukozaminowej i zacząłem się pomału przygotowywać by ostatecznie w lipcu zdobyć Górę Matkę :). Niestety po otrzymaniu lipcowego grafiku mina mi troszkę zrzedła, gdyż wolnych terminów nie było za dużo, dni wolne od pracy (weekendy) całkowicie odpadały ze względu na sporą ilość turystów na szlakach, więc trzeba było się modlić o dobrą pogodę. I stało się - padł termin na 10 lica :). Prognozy były optymistyczne więc ruszyłem :).
Babią Górę (1725 m.n.p.m.) zdobyłem 10 lipca 2012 roku o godzinie 12:29!!!

Godzina zero :).
Ale zacznijmy od początku!!! Dlaczego "Dream" Babia Góra?? Otóż dlatego, że przez cały czas jazdy/postoje towarzyszyła mi prawie cała dyskografia zespołu DREAM THEATER :). Nota bene jednego z moich ulubionych. A dlaczego "prawie cała"?? Ponieważ ja jako wielki fan Mike'a Portnoy'a uznaję Dream'ów tylko z Nim.
Start zaplanowałem na godzinę 6:00. No niestety standardowo miałem lekki poślizg ale i tak na dzień dobry do mojego ucha wpłynął kawałek "6:00 (Six O'Clock)" z płyty "Awake" (nie ma tu żadnego przypadku - ten utwór był z góry zaplanowany :) ). Do granicy w Korbielowie dotarłem, tak przynajmniej mi się wydaję, szybko bo w ciągu 2,5 godziny. Po drodze zrobiłem sobie tylko krótką przerwę w Jeleśni i w Korbielowie na uzupełnienie płynów.

Stara Karczma w Jeleśni.


Widok na Oravska'ą Polhora'ę i Pilsko.

W tle Babia Góra. Od strony słowackiej nie wygląda tak okazale jak od naszej.

Asfaltową część Słowacji pokonałem szybko bo przeważnie jechało się w dół :). No cóż przyszedł czas wjechanie na szlak górski na Babią. Mowa tu oczywiście o szlaku żółtym. Powiem szczerze!!! W zasadzie jest on prawie całkowicie przejezdny. Są tylko może 2/3 momenty, gdzie trzeba było rower prowadzić. Powodem tego był w pierwszym przypadku strasznie zniszczony szlak (mnóstwo dużych i luźnych kamieni), a w drugim to już ingerencja człowieka polegająca na utwardzeniu szlaku poprzez wyłożenie szlaku dużymi, płaskimi skałami lecz niestety nie do końca dobrze spasowanymi. Co do stromizn to są w zasadzie tylko 2 odcinki naprawdę strome ale nie są dłuższe niż 100 metrów. Mowa tu o prawie już ostatnim podejściu i krótkim odcinku zaraz po przekroczeniu mostku (może kilometr od początku szlaku).

Początek żółtego szlaku na Babią.


Do góry trzeba było prowadzić, ale w dół...bajka :).


Utwardzony odcinek szlaku - pieszo i w dół fajnie ale pod górę już trzeba było się trochę nagimnastykować.

Troszkę babiogórskiej fauny :).

Widoczek na Słowację.

Jak widać dało się wjechać ;).

Tu już tak wesoło nie było..
Czas wjazdu na Babią Górę wyniósł mnie 3 godziny czyli o jakieś 40 minut szybciej niż przewiduję piesza wędrówka. W ten czas trzeba jednak wliczyć mnogość odpoczynków, bo niestety kamerdolce na trasie robiły swoje :). Ogólnie wjazd oceniam bardzo dobrze i jestem pozytywnie nim zaskoczony. Nie podejrzewałem, że będzie tak łatwo :). Co prawda miałem parę niespodzianek na trasie ale były one wyłącznie spowodowane zmianą samego szlaku (w pamięci miałem troszkę inny obraz).
Zaraz przed szczytem musiałem troszkę zmienić trasę i wbić się na zielony szlak ponieważ Słowacy zmienili ścieżkę w schody, a ja chciałem finiszować na rowerze, a nie z rowerem na ramieniu :). Ostatnie metry - na Bike'u :). A to zdziwienie turystów - BEZCENNE!!!! :).

Jak dotąd najwyżej :).

Przerwa na Diablaku.
Na samym szczycie nie spędziłem dużo czasu, może 20 minut. Powodem był brak ładnych widoków na Tatry (w zasadzie nie było ich w ogóle widać) i zimny wiatr. Dzięki bogu zabrałem ze sobą rękawki bo bym chyba umarł z zimna :D. Oczywiście zrobiłem "lekką" niespodziankę turystom. Miny ich i zdziwienie były genialne jak zobaczyli bikera na tej wysokości :).
No przyszedł czas na najlepszą zabawę, a mianowicie na ZJAZD!!! Oj jak ja lubię taki techniczny zjazd!!! Mmmmnnnmm po prostu bajka!!! Najlepszy był chyba zjazd po owych schodach ze szczytu :). Po prostu istna rowerowa ekstaza. Co prawda trzeba było być strasznie uważnym, żeby nie przelecieć przez kierownicę, ani nie zahaczyć "podwoziem" ale z chęcią bym to powtórzył :). Dalsza część zjazdu też była niczego sobie. Powiem tak - w naszych Beskidach można się sporo nauczyć, w szczególności w Beskidzie Małym i Śląskim - mowa tu o stromych , mega kaministych zjazdach. Nie wszyscy je lubią, a ja je kocham.

Hehe tablicę zauważyłem dopiero przy zjeździe :).

Pożegnanie z Babią Góra. Oj dałaś mi mnóstwo frajdy.
Asfaltową cześć drogi powrotnej trochę urozmaiciłem - w Pewli Małej skręciłem na Rychwałdek (krótkie odwiedziny u Babci) i przez Moszczanicę, Miedzybrodzia dotarłem do Bielska. Oczywiście na sam koniec trzeba było się trochę zmasakrować i wjechałem na Przegibek. Tam oczywiście kryzys, ale nie spowodowany brakiem sił tylko atakiem skurczy w łydce. Na kryzys potrzebne jest lekarstwo, a moim był masaż i Bikerka, którą goniłem do samej przełęczy. Niestety ona zawróciła do Międzybrodzia więc nie udało się pogadać :(.
A że sukces trzeba oblać, o tym każdy wie, więc podkoczyłem do Rock Galerii na szklaneczkę/i :) Ballantine's z colą :).
Kategoria Beskid Żywiecki, CO do zasady asfalt, Międzynarodowo
Dane wyjazdu:
154.08 km
2.00 km teren
06:48 h
22.66 km/h:
Maks. pr.:72.00 km/h
Temperatura:35.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1700 m
Kalorie: kcal
RiversideTour - PL/SK/CZ
Wtorek, 3 lipca 2012 · dodano: 11.07.2012 | Komentarze 3
Pierwszy taki wypad w moim życiu. Po pierwsze zaliczyłem 3 kraje podczas jednego tripu (Polskę, Słowację i Republikę Czeską), po drugie - towarzyszyła mi tylko muzyka jednego wykonawcy (cała dyskografia Riverside )i po trzecie - nowy rekord dystansu dziennego :), a wszystko to w ramach przygotowań do Dream Babia Góra Tour 2012. Założenie tripu było proste, a mianowicie dostanie się na tzw. Trójstyk granic Pl/CZ/Sk, wjazd na terytorium Słowacji, a później przez Czechy do Cieszyna i to wszystko asfaltowymi drogami. Powiem tak, wyznaczenie trasy nie należało do wybitnie prostych czynności, bowiem największy problem stanowiły Czechy, a dokładnie kiepska sieć dróg. Ale dokładnie poniżej :).A tu mała dygresja :) : PLAYLISTĘ skomponowałem tak aby piosenki leciały chronologicznie tzn. zacząłem od pierwszego albumu "Out Of Myself", a zakończyłem na epce "Memories In My Head". Oczywiście była to prawie cała dyskografia (nie miałem tylko pierwszej "płyty" zwanej po prostu "Riverside", gdyż utwory z tej płyty znajdują się na oficjalnie pierwszej studyjnej płycie "Out Of Myself" ). Playlista obejmowała również wszystkie single i płyty koncertowe czyli w sumie jakieś 8 godzin 14 minut i 31 sekund :).
Od tego kawałka rozpocząłem trip.
Polska część RT.
Cel - Trójstyk!!!
Jak się tam dostałem z Bielska?? Banalnie :D. Wpierw kierowałem się na Szczyrk by, tym razem klasycznie, wjechać na Przełęcz Salmopolską, później zjechałem do Wisły Czerne, wdrapałem się na Przełęcz Kubalonkę, zjechałem do Istebnej i przez Jaworzynkę dostałem się do celu.
Nie powiem ale upał (35 st.C. w cieniu) dawał się we znaki. Wjazd na Salmopol i Kubalonkę delikatnie mówiąc - zmęczył mnie :). Wylałem z siebie niesamowite ilości wody. W szczególności Salmopol dał mi popalić. Może dlatego, że dopiero się "rozkręcałem" :). Kubalonka- no cóż, tym razem inaczej bo wjechałem na nią od strony Jeziora Czerniańskiego. Bardzo fajny podjazd, rzekłbym nawet chyba ciekawszy niż klasycznie od Wisły ale to już kwestia gustu. Fajna wąska droga, zerowy ruch i sporo atrakcji (zamek Prezydenta RP). Dalsza część trasy (polska część) to już uczta dla oczu. Tereny Istebnej, Jaworzynki są po prostu przepiękne.. Śmiem nawet twierdzić, że widokowo był to najlepszy odcinek z pośród tych 154 kilometrów.

W Szczyrku natrafiłem na zgrupowanie młodych rumuńskich skoczków.

Jezioro Czerniańskie.

Tuż pod zamkiem prezydenckim.


Trochę historii - pomnik Pawła Stelmacha - przywódcy polskiego odrodzenia narodowego na Śląsku Cieszyńskim w XIX wieku (Istebna).

Pomnik bohaterów poległych w walkach o wolność w latach 1939-45 (Istebna).




Tróstyk granic - spodziewałem się górki, a była dolinka :).

Słowacka część RT.
No cóż mogę powiedzieć?? Na pewno najkrótszy odcinek, widokowo kiepściutki, ale zaliczyłem kilometr terenu. Powiem więcej - dzikiego terenu :). Jechałem szlakiem zielonym wpierw ścieżką, później drogą by zakończyć w wodzie :) [drogą płynęła rzeczka]. Dalszy odcinek spędziłem na podpatrywaniu życia codziennego miejscowych Słowaków.

Miejscowość Svrčinovec.
Czeska część RT.
Jak już wcześniej wspominałem wyznaczenie trasy przez Czechy nie było za łatwe. Powodem byłą kiepska sieć dróg. Zaraz za granicą słowacko-czeską rozpoczynała się autostrada. Jedynym sposobem jej ominięcia była przeprawa przez góry, ale to nie wchodziło w rachubę bo, albo bym nadrobił mnóstwo kilometrów, albo musiałbym skrócić i to znacznie część słowacką. Zatem wybrałem wersję autostradową. Dzięki bogu musiałem przejechać autostradą tylko 300 metrów by wbić się na zjazd na miejscowość Mosty u Jablunkova. Ufff gdyby czeska policja mnie zgarnęła to by były jaja :D. Dalej, bo aż do Jablunkova śmigałem w spokoju droga, która nota bene była bardzo przyjemna, gdyby nie ten upał. Po drodze mijałem basem i aż chciało się wskoczyć ale czas gonił :(. Za Jablunkovem zaczęła się najgorsza część całego tripu - mega ruchliwa droga, która prowadziła aż do Czeskiego Cieszyna. No niestety nie dało się jej ominąć bo nadrobił bym mnóstwo kilometrów. W Trzyńcu (Třinec) zrobiłem sobie krótką przerwę i ruszyłem dalej.

hehe.


Třinec.

Huta żelaza w Trzyńcu.

Polska część RT.
W Cieszynie zrobiłem sobie przerwę na "obiad" (kebab) i ruszyłem w stronę Bielska przez Goleszów, Górki Wielkie/Małe, Jaworze. Gdzieś w Goleszowie załamała się pogoda i słońce przerodziło się w deszcz i burzę. Oj potrzebna mi była taka pogoda - niesamowite orzeźwienie na sam koniec.

Tą jakże morderczą wyprawę podsumowałem szklaneczką Whisky'acza z colą w Rock Galerii na starym rynku w B-B :).
Kategoria Beskid Śląski, Międzynarodowo
Dane wyjazdu:
56.92 km
42.00 km teren
05:00 h
11.38 km/h:
Maks. pr.:65.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1740 m
Kalorie: kcal
Pechowe Czechy.
Wtorek, 26 czerwca 2012 · dodano: 04.07.2012 | Komentarze 8
Tym razem trochę inaczej niż zawsze :). Po pierwsze nie był to samotny trip, ale z Ludwikonem; po drugie - nie rozpocząłem trasy z pod mieszkania, ale dojechaliśmy sobie autem do Ustronia skąd rozpoczęliśmy trip. Dlaczego z Ustronia? Powód banalny - ograniczony czas na wypad. Oczywiście żeby było zabawnie to na dzień dobry musieliśmy zmienić początek trasy gdyż mapa zbytnio nie zgadzała się z rzeczywistością - tam gdzie miała być droga i szlak tam był teren prywatny ogrodzony płotem :D. No nic, lekka korekta trasy i siedliśmy na bike'i i ruszyliśmy żółtym szlakiem (wpierw pieszym, a później rowerowym) w stronę granicy polsko-czeskiej (Cisownica-Nydek). Nota bene owy szlak rowerowy miał być, jak to było opisane, ciężki :). No może dla szosówki :D :D. Następnie wbiliśmy się na czerwony szlak by dostać się pod Wielką Czantorię. Trasa bajka - mnóstwo singiel track'ów. My niestety jechaliśmy pod górę, ale w dół była by kosmiczna ekstaza. Ostatnie 500 metrów było już tak strome, że trzeba było prowadzić bike'i.

Szkoda, że nie wracaliśmy tą trasą :(
Na Wielką Czantorię wyjechaliśmy niebieskim szlakiem (fajna szeroka droga). Niestety na szczycie nie siedzieliśmy długo bo wiał zimny wiatr, a ja oczywiście byłem w krótkim rękawku (na dole było 20 st. więc nie widziałem sensu zakładania czegoś cieplejszego ) :).


Z Czantorii ruszyliśmy wzdłuż granicy w stronę Wielkiego Stożka. Bardzo fajna trasa ze sporą ilością wymagających podjazdów i ciekawych zjazdów. Niestety jest to szlak dość mocno uczęszczany przez turystów stąd trzeba było uważać na downhill'ach, żeby nikogo nie potrącić. A co najważniejsze - te widoki na Beskid Śląski- genialne :).

Soszów Wielki.


To sem ja :).
Na Wielkim Stożku mała przerwa, podczas której nastąpiła mała zmiana planów co do dalszej podróży. Mianowicie pierwotnie mieliśmy zjechać do Istebnej, przekroczyć granice z Czechami by z powrotem wbić się na czerwony szlak, którym to zaczynaliśmy przygodę w czeskiej krainie :). Ale wybraliśmy wersję inną. Co prawda zjechaliśmy do Istebnej (żółty szlak) ale granicę przekroczyliśmy w zupełnie innym miejscu, rzekłbym nawet trochę nielegalnie i ruszyliśmy asfaltem w stronę Jablunkov'a. W końcu trzeba poznać choć trochę życie codzienne i kulturę Czechów :D.


A tu już widoczek z powyższych skał.


Nazwijmy to lekko nielegalne przekroczenie granicy :D.

Jablunkov.
W Jablunkov'ie przerwa na "małe co nieco" (Radegast) i dalej ruszyliśmy w trasę, wpierw niebieskim szlakiem, później żółtym by docelowo wbić się na czerwony (owy pierwotny). Na Filipce czekał na nas mały singielek, co prawda z deczka zarośnięty ale i tak fajny. A później???? To już tylko bajka :) Genialny, mega szybki zjazd do Nydka (Nýdek). Początkowo szeroka,kręta, szutrowa droga (Vmax 60km/h), a później równie szybka, kręta, ale tym razem asfaltowa droga (Vmax 65km/h.) No niestety na dole złapałem kapcia :(. Jak się okazało dętki nie dało się skleić, gdyż wentyl był uszkodzony więc wykorzystałem zapasową gumę. W zasadzie chciałem wykorzystać :(. Jak się okazało zapasowa miała 6 dziur a ja miałem tylko 3 łatki. OJ spędziłem tam mnóstwo czasu na szukaniu dziur i ich łataniu. Dzięki pomocy Ludwikona, który specjalnie się cofał, żeby mi pomóc, i mieszkańca Nydka udało mi się załatać dziury (WIELKIE DZIĘKI CHŁOPIE ZA ŁATKĘ). A skąd się wzięło tyle dziur?? Już tłumaczę. Ową pechową dętkę zapewne miałem źle pozwijaną w sakwie podsiodłowej i kiedy ją otwierałem widocznie za każdym razem musiałem ją przecinać zamkiem. Mam nauczkę na przyszłość!!!!! Niby wszystko było by pęknie, ale jak pech to pech!!! Ujechałem może 300 metrów i co??? Znowu flaka!!!! Oj jaki byłem wkur..ny!!!! Do granicy brakowało mi może 3 kilometry plus jakieś 2 do samochodu. No nic rower na ramię i w wielkiej wkurwie szedłem do granicy. Po drodze spotkałem Czecha, który zaoferował mi podrzucenie ale niestety w przeciwnym kierunku. W miedzy czasie jak ja niosłem rower Ludwikon pojechał po auto by ostatecznie ściągnąć mnie z granicy w Cisownicy. Można by rzec, że miało być tak pięknie, a skończyło się wiadomo jak.
Kategoria Beskid Śląski, Międzynarodowo
