Proud member of bbRiderZ

Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi jakubiszon z miasteczka Czaniec / Bielsko-Biała. Mam przejechane 68577.92 kilometrów w tym 2592.35 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 16.58 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie. button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy jakubiszon.bikestats.pl

Archiwum bloga

Dane wyjazdu:
141.00 km 2.00 km teren
06:50 h 20.63 km/h:
Maks. pr.:66.50 km/h
Temperatura:6.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2214 m
Kalorie: 4282 kcal

Pętla Beskidzka Unplugged

Niedziela, 22 grudnia 2013 · dodano: 30.12.2013 | Komentarze 5

Oj nóżka nie podawała.... Ale od początku :). Po sobotnim, krótkim terenie postanowiłem zrobić jakąś setkę ale dla odmiany po szosie. Padło na...Pętlę Beskidzką :). W sumie dawno już nie kręciłem w tamtą stronę hehe. Zatem wstałem w niedziele i na dzień dobry ukazał mi się mało optymistyczny widok - mocny wiatr nieźle bujał drzewostanem. Pomyślałem - nie będzie lekko!! Ale co tam - raz kozie śmierć :D. Dosiadłem Białego Rumaka i pokręciłem w stronę sklepu by zakupić prowiant. Na dzień dobry finezyjna gleba podczas lewoskrętu - bike wpadł w poślizg a ja za nim :). Dzięki bogu nic nie jechało bo mogło by się skończyć nieciekawie. Po uzupełnieniu zapasów ruszył w stronę Węgierskiej Górki. Tym razem jednak Jezioro Żywieckie objeżdżałem z drugiej strony to jest przez Oczków, Moszczanicę. Wydawało mi się, że będzie to lepsza opcja ze względu na bardziej zasłonięte drogi. W zasadzie od Żywca do Węgierskiej kręciło się wybitnie źle - cały czas pod wiatr, prędkości rzędu 24 km/h nie udawało się przekroczyć. Pochłonął mi ten odcinek mnóstwo energii, której i tak tego dnia za dużo nie było w nogach...

Na Jaworzynie jeszcze trochę śniegu się ostało ale na dole ni chu chu.

Wjeżdżam na Trakt Cesarski.

W Węgierskiej Górce zjechałem z głównej drogi na tzw. Trakt Cesarski i nim dojechałem w zasadzie do Kamesznicy. Czym dalej jechałem na południe tym więcej było śniegu. W Szarym było już bialusienko :). Z Szarego do Lalików standardowym uphillem. Tym razem jednak nie dałem rady wyjechać - mokry, grząski śnieg nie pozwalał mi ustać na bike'u. No niestety trzeba było trochę butować.


Asfalt przerodził się w lodowisko...

...a lodowisko w mokry śnieg...


A Koniakowie śniegu już co nie miara - dobre 20 cm :). Drogi jednak były czarne choć lała się nimi rzeka wody. Po długiej walce z wiatrem uphill pod Karczmę Ochodzitą był delikatnie mówiąc smutny. Noga nie chciała się kręcić, nawet piękne widoczki nie pomagał :(. Zdecydowanie to nie był mój dzień... W Karczmie zrobiłem sobie dłuższy popas - hehe w końcu trzeba było uzupełnić baterie. Jak zawsze zimową porą zamówiłem sobie tzw. kwaśnicę z wkładką. Heheh ale nie alkoholową :D.

Barania Góra w chmurach.

Tatry.


Po obiedzie przyszła pora na zjazd do Istebnej. Znowu muszę użyć tego słowa "niestety" - niestety bardzo wolny. Powód banalny - hektolitry wody na drodze. Nie chciałem się przemoczyć bo wiedziałem z godziny na godzinę temperatura będzie spadać i nie będzie tak łatwo podsuszyć ciuchów. Kubalonka poszła dość sprawnie - jakby siły powróciły :). I tak w zasadzie do samego Jaworza pedałowałem w dość dobrym tempie. Power come back!! :D. Nie będę się dokładnie rozpisywał którędy jechałem bo była to stricte odtwórcza trasa :). W Bielsku przez przypadek natrafiłem na Jarmark Świąteczny. Troszkę się tam pokręciłem i już klasycznie pokręciłem do domu.

Reasumując: Totalny brak prądu, porywisty wiatr sprawiły, że jeden z moich ulubionych szosowych klasyków stał się bardziej karą ( choć nie wiem czy to nie za ostre słowo? ) niż przyjemnością.

A czego słuchałem?? Głownie Godsmack'a ;)

<object height="360" width="640"><param name="movie" value="//www.youtube.com/v/CWj1dZoOOpk?hl=pl_PL&versi> <embed src="//www.youtube.com/v/CWj1dZoOOpk?hl=pl_PL&versi type=" applicati="" x-shockwave-flash="" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="360" width="640"></embed></object>




Dane wyjazdu:
16.20 km 14.80 km teren
01:28 h 11.05 km/h:
Maks. pr.:48.00 km/h
Temperatura:10.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:780 m
Kalorie: 519 kcal

Szybka Trzonka

Sobota, 21 grudnia 2013 · dodano: 30.12.2013 | Komentarze 0

Sobota zapowiadała się totalnie arowerowo - mnóstwo roboty plus mały remont w domu. Krew człeka zalewała jak patrzył za okno- elegancka pogoda a tu trzeba pracować. Jednak nie wytrzymałem - musiałem coś pokręcić :). Miałem zaledwie 3 godziny bo tyle mniej więcej potrzebowałem aż wyschnie mi pierwsza warstwa farby :). Zatem dosiadłem Białego Rumaka i pokręciłem w stronę lasu. Jakiegoś konkretnego planu nie miałem więc więc trasa kreowała się z metra na metr. Wiedziałem tylko, że chce sprawdzić jedną leśną drogę, a co będzie później to wyjdzie w praniu :). Jednak ową leśną drogą nie dojechałem do końca, gdyż zaintrygowała mnie jedna ścieżka biegnąca pod górę. Pomyślałem - kurcze w dół będzie genialna lecz trza sprawdzić gdzie się zaczyna :). Przyznam się, że nawet pod górę była całkiem całkiem - hehe było nawet troszkę technicznych fragmentów :). Wyjechałem na drodze bardzo dobrze mi znanej, biegnącej z Bukowca na Trzonkę. Tam też się udałem.

Na owej ścieżce.

Trzonka.

Ku mojemu zdziwieniu z Trzonki było widać...Tatry!!! Po prostu szok!! Następnie udałem się zielonym szlakiem w stronę Alei Limb. Tam przywitał mnie zalegający jeszcze śnieg :). Od alei jechałem już leśną drogą, nota bene jeszcze przeze mnie niejechaną. Całkiem przyjemny odcinek - taki dziki, mało uczęszczany. Kolejny raz zdzikło mi się jak nagle wyjechałem na zielonym szlaku do Porąbki - myślałem, że zjadę bardziej gdzieś na Bukowcu/Czańcu. Z Racji, że nie uśmiechało mi się wracać z Porąbki asfaltami postanowiłem zjechać ze szlaku w boczną drogę ( już mi znaną ) i tym sposobem wyjechałem na samym czubku Bukowca :). Do domu również starałem się omijać asfalty więc wybrałem leśną, szeroką drogę, na której o mały włos nie wyrżnąłem niezłego orła. Hehe droga była z deczka zmrożona ( czytaj oblodzona ) i na jednym z łuków przednie koło wpadło w poślizg. Jakim sposobem się utrzymałem to do tej pory nie wiem - grunt, że się udało :).

Route 2 401 278 - powered by www.bikemap.net

Kategoria Beskid Mały


Dane wyjazdu:
16.20 km 2.00 km teren
00:47 h 20.68 km/h:
Maks. pr.:41.00 km/h
Temperatura:-3.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: 80 m
Kalorie: 510 kcal

Na próbę........

Środa, 18 grudnia 2013 · dodano: 27.12.2013 | Komentarze 1

Tym razem powtórzyłem dojazd przez las w Bulowicach, żeby nabić trochę kilometrów w terenie. Powrót już klasycznie asfaltami.

Route 2 398 947 - powered by www.bikemap.net


Dane wyjazdu:
0.00 km 0.00 km teren
03:20 h 0.00 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:

MARATON INDOOR CYCLING w Modelarni

Sobota, 14 grudnia 2013 · dodano: 01.01.2014 | Komentarze 2

...Długo się zastanawiałem czy wrzucić to na BS'a ale końcu to też jakaś aktywność fizyczna :).

Maraton Indoor Cyclingu - hmnnn w zasadzie gdyby nie choroba to bym na niego w ogóle nie poszedł :D. Wiem, że brzmi to trochę dziwnie ale akurat w tym czasie zaplanowane miałem wyjście w góry ze znajomymi więc kręcenie nie było mi w głowie :D. Jednak choroba spowodowałaby , że trekking załatwił by mnie na amen, a że przez weekend siedzieć biernie w domu to grzech więc postanowiłem wybrać się na ową imprezę.  Tak się też akurat składało, że spora część mojego teamu ( bbRiderZ ) wybierała się na tą imprezę więc postanowiłem ich zaskoczyć i też przybyć :). Z góry wiedziałem, że nie będę w dobrej dyspozycji bo od 3 dni byłem na silnym antybiotyku ale raz kozie śmierć - najwyżej zejdę na zapaść :D. Prawdę powiedziawszy w takiej imprezie nie brałem nigdy udziału, raptem raz byłem na zajęciach spinningowych więc pewne obawy się pojawiały.
Co do samego maratonu to powiem tak: super instruktorzy, którzy z nas wyciskali siódme poty, super atmosfera i przednia zabawa. Ponad trzy godziny ostrego kręcenia, do tego sporo innych ćwiczeń. Na frekwencje też nie można było narzekać bo ponoć miało być 35 osób - hehe nie wiem, nie liczyłem ale ludziska trochę się zaszło :). Kręciło się wybornie choć zdecydowanie inaczej niż na zwykłym bike'u - hehe brakowało naturalnej ochłody w postaci pędu powietrza ;). Co było też dla mnie nowością, to sporo kręcenia na stojaka. Normalnie unika się czegoś takiego, szczególnie w terenie. Przyznam się bez bicia, że ostatnie 20 minut maratonu były dla mnie mega męczarnią - nóżka już tak nie podawała i brakowało już sił. Ale udało się dojechać do końca :). Na ten rok miałem zaplanowany jakiś maraton rowerowy, niestety z wielu przyczyn nie mogłem w nich uczestniczyć więc chociaż na koniec roku zaserwowałem sobie Maraton... Indor Cyclingu :)


Przygotowania...


bbRiderZ'i opanowali przód :)


Nasi instruktorzy.



A na koniec wspólna fotka - nie wszyscy dotrwali do końca :/.



Kategoria Antywpis


Dane wyjazdu:
43.00 km 16.00 km teren
03:59 h 10.79 km/h:
Maks. pr.:55.23 km/h
Temperatura:-1.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1100 m
Kalorie: 1168 kcal

Pierwsze śniegowanie

Niedziela, 8 grudnia 2013 · dodano: 27.12.2013 | Komentarze 1

W końcu przyszła pora na SNOW RIDE :). Jak widać zima nas za bardzo nie rozpieszcza w śnieg więc trzeba korzystać z każdej nadarzającej się okazji. W sumie okazji nawet trochę było ale mnie dopadło choróbsko więc byłem...wulgarnie mówiąc - udupiony :/. Co ciekawe umawiając się z k4r3l'em na pierwsze moje śniegowanie, nie byłem do końca zdrowy ale CYKLOZA zwyciężyła. Mądre to nie było ale cóż...:D. A co jest najlepsze na pierwsze moczenie się w śniegu?? Wiadomo - uphill na Lesakowiec :). Oczywiście terenowy atak zaczęliśmy w Rzykach Jagódkach od szlaku serduszkowego. Łatwo nie było - początkowo człek zapadał się w świeżym śniegu a później ślizgał się na lodzie. No cóż, energii poszło mnóstwo ale fan był i to się liczyło :)

K4rel walczy w świeżym śniegu.

Na kultowym singielku pod Groniem JP II trza było w większości prowadzić - grząsko i wąsko. Każdorazowa próba jazdy zazwyczaj kończyła się fiaskiem. Ostatnie metry jednak na siodle - hehe wstyd było prowadzić bo jak na niedzielę przystało, turystów od groma :D. W schronisku zrobiliśmy sobie przerwę, która przerodziła się w niezły popas - aż nie chciało się wsiadać na bike'a :D

Jest paliwo, jest ciacho, jest miętówka, żeby policja nie wykryła alko ;D

Po dłuższej posiadówie trzeba było w końcu coś pokręcić :D. Oczywiście ruszyliśmy na szczyt Leskowca, gdzie przyszła pora na focenie a przy okazji na rozmowę z prze miłym, starszym turystą, który mimo już jednego zawału, wykręca po górach 6K. Ma chłop siłę :). Jak to zawsze o tej porze roku Babiczke było widać genialnie - hehe można by rzez, że zrobiło się to już trochę ...nudne :D. Po walorach estetycznych przyszła pora na zjazd. A z racji, że warunki były trudne wybraliśmy w zasadzie tę samą trasę z wyjątkiem dolnej części szlaku serduszkowego, który zastąpiliśmy czarnym. Oj tam to się działo :D. Moje heble nagle coś ugryzło i zaczęły nieziemsko piszczeć - wierzcie mi, było mnie słychać chyba z kilometra :D

Zjazd singielkiem.

Dla urozmaicenia, by nie wracać tą samą drogą i zaliczyć jeszcze trochę terenu, Kuba zaproponował odbicie w Rzykach w prawo na drogę biegnącą do zielonego szlaku w stronę Andrychowa. Skąd chłop zna te drogi to ja nie wiem :D. Co najważniejsze to był szczał w dziesiątkę - kręciło się wybornie :). Wisienką na trocie był singielek na Pańskiej Górze. Przyznam się, że wiele razy po tej górce jeździłem ale takich ścieżek to ja nie znałem - hehe trza będzie tam pośmigać na wiosnę :). Jako że jeszcze miałem jakieś tam ostatnie siły to postanowiłem dowalić do pieca i pojechać jeszcze na Brzezinkę ( już asfaltem ) :).

Kategoria Beskid Mały


Dane wyjazdu:
77.66 km 31.00 km teren
05:30 h 14.12 km/h:
Maks. pr.:60.00 km/h
Temperatura:5.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2484 m
Kalorie: 2805 kcal

Po szosie musi przyjść Pure MTB ;)

Niedziela, 17 listopada 2013 · dodano: 26.12.2013 | Komentarze 1

Po sobotnim męczeniu buły na szosie przyszła pora na prawdziwy teren :). Zgadałem się z K4r3lem i Piasqiem na niedzielne Gaiki i Magurkę Wilkowicką. Oczywiście nie była to zbyt odkrywcza trasa, gdyż jeździłem nią już parę razy ale z przyjemnością do niej wracam. Za miejsce spotkania z Piasqiem ustaliliśmy z Kubą Przegibek. Jako, że w niedzielę za dobrze się nie wstaje :D, to wyjechaliśmy niezbyt wcześnie stąd też do punku spotkania dojechaliśmy asfaltami - spokojnie, na luzie :). Co najlepsze wyjeżdżaliśmy w totalnym mleku ( mgła jak cholera ) a już w okolicy Międzybrodzia zaczęło się przejaśniać. Dziwna ta pogoda!! Dla porównania w Bielsku kompletny brak mgły... Oczywiście jak wyszło słońce człek się zaczął masakrycznie grzać - i weź się tu chłopie odpowiednio ubierz :D. Na krótkim podjeździe na Gaiki lało się ze mnie jak z wodospadu. Choć z drugiej strony dużym plusem było słońce bo widoczki towarzyszyły nam genialne - w dolinach mgła a na górze piękna pogoda.

Przerwa na małe co nieco :)

Z Gaików ruszyliśmy jakże ciekawym i technicznym czerwonym szlakiem do Starconki. Lubie ten odcinek choć niestety z roku na rok jest on coraz bardziej zniszczony przez tzw. leśników. Ostatnia część szlaku to już kwintesencja PURE MTB - genialne techniczne odcinki i singletracki. Niestety w Straconce opuszcza nas Piaseq - nie czuł się najlepiej. My za to z Kubą ruszyliśmy w stronę Magurki Wilkowickiej. Pierwotnie mieliśmy wyjeżdżać czerwonym szlakiem ale ostatecznie padło na żółty. Hehe nie był to trafiony szczał bo początek szlaku to mega wypych ale za to dalsza część była już bardzo przyjemna i co najważniejsze poznało się coś nowego :). Ma Magurce rozkminialiśmy jak jechać dalej, no bo przecież coś za mało tego terenu było :). Padło na mój ulubiony czarny szlak do Łodygowic. Poza tym Kuba jeszcze nim nie jechał w całości więc była okazja do zapoznania się z nim dogłębnie ;). No niestety z bólem serca muszę powiedzieć, że za każdym razem jak nim zjeżdżam szlak jest w coraz gorszym stanie - woda i leśnicy robią swoje. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w bardzo urokliwym miejscu namiętnie trzaskając foty. No niestety aparaty w komórach nie są najlepszej jakości stąd też ciężko uchwycić to co jest w realu.

Magiczna mgła

Z Łodygowic ruszyliśmy już asfaltami by dostać się na Zaporę w Tresnej ( klasycznie wzdłuż jeziora ). Z Zapory pojechaliśmy do Wilczego Jaru, gdzie wbiliśmy się na żółty szlak na Jaworzynę. Początkowo szlakiem jechało się wybornie - leśna droga wyłożona ściółką i drobnymi kamieniami - lecz po jakimś czasie już tak kolorowo nie było . Po wjechaniu w buczynę brodziliśmy po kolana w liściach a na domiar złego droga była na tyle stroma, że można było zapomnieć o pedałowaniu. Morale nam opadły strasznie- nic tak nie demotywuje jak wypych w ciężkich warunkach i przedzieranie się przez chaszcze . Na Jaworzynę dotarliśmy w zasadzie, gdy słońce już zachodziło, co nie ukrywam miało swój klimat :).

Z Jaworzyny jechaliśmy już niebieskim szlakiem do krzyżówki z czerwonym. Na owej krzyżówce ruszyliśmy czerwonym w stronę Kocierza. I tam zastał Nas MROK :). Jakoś z głupoty każdy z nas zabrał lampki :D. Co najlepsze po zapadnięciu zmroku morale powróciły ( mi ) na odpowiedni poziom - jakaś niepojęta siła i motywacja wstąpiły we mnie :). Mimo, że moja lampka delikatnie mówiąc dała dupy kręciło się fajnie. Hehe w zasadzie to k4r3l oświecał mi drogę :D. Na Kocierzu trzeba było się odpowiednio przygotować na zjazd więc każdy opatulał się jak tylko mógł :).

A sam zjazd - w moim przypadku zawsze taki sam - na złamanie karku :D. Co prawda był to wariant asfaltowy ale jak zawsze dał sporo frajdy. W Targanicach zatrzymaliśmy się jeszcze w sklepie na małe co nieco bo w bidonie posucha była straszna, po czym pożegnaliśmy się i każdy pomknął w swoją stronę. I tym oto sposobem zaliczyliśmy z Kubą piękny Night MTB Ride.

Kategoria Beskid Mały


Dane wyjazdu:
48.29 km 0.00 km teren
01:47 h 27.08 km/h:
Maks. pr.:49.20 km/h
Temperatura:5.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:150 m
Kalorie: 1871 kcal

Sobotnie płaskowiny...

Sobota, 16 listopada 2013 · dodano: 13.12.2013 | Komentarze 4

A tak jakoś wybrałem się coś pokręcić...Dla odmiany coś po szosie bo na niedzielę szykowały się ostre manewry w terenie ;). Trasa jak najbardziej mało ambitna ale czasami też trzeba taką trzasnąć :D :D . Cóż mogę jeszcze powiedzieć...hmn...w zasadzie jechałem po drogach mi jak najbardziej znanych, wyjątkiem był tylko zjazd z głównej drogi z Hecznarowic do Wilamowic w prawo, omijając centrum. Hehe zawsze to coś nowego. Korciło mnie jeszcze sprawdzenie rowerówki z Kęt do Oświęcimia ale to zostawiłem sobie na później :)






Dane wyjazdu:
81.90 km 28.10 km teren
04:32 h 18.07 km/h:
Maks. pr.:62.00 km/h
Temperatura:9.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2489 m
Kalorie: 2182 kcal

Żółte błoto..

Niedziela, 10 listopada 2013 · dodano: 12.12.2013 | Komentarze 3

Jest L4 - jest czas na uzupełnianie zaległości...

Mimo, że do końca roku nie pozostało już za wiele i większość wybiera raczej trasy blisko domu, ja postanowiłem jeszcze trochę pokręcić po dotąd nieznanych mi terenach :). Tym razem wybrałem okolice Huciska na Żywiecczyźnie. Co prawda byłem już tam kiedyś ( szosowo ) ale postanowiłem odwiedzić i pokręcić troszkę po okolicznych górkach :) a dokładnie moim głównym celem był żółty szlak biegnący przez Pasmo Pewelskie. Oczywiście trzeba było się wpierw dostać pod owe pasmo, a jak najlepiej??? Wiadomo - jak najwięcej terenem czyli na pierwszy ogień poszedł...Leskowiec :). Do Rzyk Jagódek starałem się jak najbardziej omijać główne drogi - hehe przypomniały mi się nawet drogi, którymi już chyba z milion lat nie kręciłem :D. Z Jagódek na Leskowiec klasycznie wyjechałem szlakiem serduszkowym i kultowym singielkiem pod Groniem JP II. Jako że była niedziela, czym bliżej schroniska tym na szlakach było więcej ludzi co wyjątkowo mi nie przeszkadzało :). Do schroniska nie wchodziłem bo czas gonił, stąd też od razu pokręciłem na szczyt Leskowca.


Na Serduszkowym.

Na szczyci szybka przerwa na małe co nieco i ruszyłem żółtym szlakiem do Targoszowa. Zjazd w tym wypadku był dość wolny. Powody były w zasadzie dwa: agonalny stan amora i mega mokro a ja na wstępie nie chciałem przemoknąć i zmarznąć. Oczywiście musiałem coś poknocić podczas zjazdu i zjechałem ze szlaku, co gorsza na...asfalt :/. Co ciekawe już kiedyś tym szlakiem jechałem ale...w przeciwną stronę :). Co do samego zjazdu to ciekawa opcja choć zdecydowanie lepszą jest czerwony szlak.


Leskowiec - klimatyczne chmury krążące w okół pasma Babiczki.


Genialna polana na żółtym szlaku - widoczki pierwsza klasa!!!

Z Kukowa miałem w planie dojechać do miejscowości Mączne. Według mapy miała być elegancka boczna droga przez Uścikówkę. Spodziewałem się asfaltu, no w najgorszym wypadku dobrze ubita szutrówkę a tu kupa - droga skończyła się przed rzeką. W zasadzie za wodą też była ale zdecydowanie gorsza ( typowa droga zwózkowa ) a co najgorsze nie było żadnej kładki/mostu :(. Trzeba było zagłębić się w mapę i poszukać jakiejś alternatywy. Udało się ale też łatwo nie było bo znaleziona droga okazała się jednym wielkim bagnem. Po przejechaniu paruset metrów zgłupiałem na amen - co chwila jakieś rozgałęzienie, którego na mapie nie było. Dzięki bogu z pomocą przyszedł grzybiarz, który mnie odpowiednio pokierował :)


Stchórzyłem - nie odważyłem się przejechać po tej kładce. Jej wygląd znacząco mnie zdemotywował...



Oczywiście wyjechałem nie w tym miejscu co planowałem :D. Po krótkim terenie przyszła pora na dojazd asfaltem do żółtej rowerówki. W Pewelce odbiłem w prawo ( dalej żółta rowerówka ) i zaczął się porządny uphill czyli to co tygryski lubią :). Prawdę powiedziawszy owy rowerówka jest bardzo fajna choć do lajtowych nie należy i jest zdecydowanie zrobiona pod silniejszych rowerzystów. Mam tu ma myśli ostry podjazd w Pewelce i część terenową, która nota bene daje sporo frajdy. Poza tym towarzyszą nam piękne widoczki na okoliczne górki ( m.in. Koszarawski Groń ) i Górę Matkę.


Czyż nie jest pięknie?? :)

Za Gachowizną wjechałem już na właściwy szlak ( żółty ) i powiem tak: cały czas jedzie się szeroką, leśną drogą, nie ma żadnych technicznych odcinków, żadnych singli. Można by myśleć, że wieje nudą...Ale nie, jechało się bardzo fajnie mimo tego, że na drodze było jedno wielki bajoro :). To chyba jednak dodało całego smaczku bo poczułem się jak na Camel Trophy :D. Uwalony od dołu do góry ostro kręciłem, nie przejmując się już w ogóle warunkami na drodze. Powiem szczerze, cieszyło mnie to strasznie :D :D - hehe poczułem się jakbym jechał u Golonki na maratonie :D. Całego uroku dodawały jeszcze nieziemskie widoczki - po prostu bajka :).


Góra Matka nie chciała pokazać w całości...




Żeby nie było...Samojebka musi być :D.


Pilsko.



Jadąc żółtym, jakoś się tak zamotałem, że skręciłem ze szlaku za wcześnie i zamiast wyjechać w Mutnym, wyjechałem w Pewli Ślemieńskiej :). Niby nie najgorzej ale jakieś 3 km mniej terenu. Skoro już zjechałem tam, gdzie zjechałem, postanowiłem podjechać do Przełęczy Ślemieńskiej by tam udać się przez Ostry Groń do Rychwałdku. Trasę tą w miarę znałem, bo już kiedyś nią jechałem ( w przeciwnym kierunku ). Jako, że byłem w okolicy odwiedziłem jeszcze Babcię, która hehe mnie nie poznała - byłem tak uwalony od błota :D. Na zjeździe z Rychwałdku z deczka zmarzłem ale w sumie nic dziwnego - mokry i uwalony od brązowej brei. Dalej już klasycznie...na Kocierz :). Walka w błocie jednak zrobiła swoje bo uphill w popisowym stylu nie był ;). Zjazd jak zawsze - na złamanie karku :D. Jak klasycznie na Kocierz, tak klasycznie przez Targanice i Brzezinkę dotarłem do domu.


Panorama na Beskid Mały.


Dane wyjazdu:
116.45 km 25.10 km teren
06:20 h 18.39 km/h:
Maks. pr.:61.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1800 m
Kalorie: 3073 kcal

Urodzinowa Barania Góra

Niedziela, 27 października 2013 · dodano: 27.11.2013 | Komentarze 4

Nie ma to jak sobie zrobić super prezent na swoje...18-te urodziny :D. A że akurat prognoza pogody na ten dzień była wyśmienita to postanowiłem zrobić jedną z piękniejszych pod względem widokowym i technicznym traskę w Beskidzie Śląskim czyli Barania Góra czerwonym szlakiem z Węgierskiej Górki. Przyznam się bez bicia - uwielbiam tę trasę, jest po prostu genialna, cud, miód i orzeszki :). Hehe jakoś zawsze mi się trafia na ten trip genialna pogoda :). Tak też było i tym razem -ciepło a nawet momentami za ciepło i ta przejrzystość powietrza...Super!!.

Po whiskaczowej sobocie wstawało się troszkę ciężko ale wizja tripu szybko zatarła ślady...kaca. Po wyjechaniu z Bielska ( startowałem z Jasienicy ) dawał mi się we znaki silny wiatr, tzw. "wmordęwind" z elementami bocznych podmuchów. Momentami wiatrzysko było na tyle mocne, że wyhamowywało mnie prawie do zera albo kładłem się na bike'u niczym motocyklista na ostrym zakręcie. Hehe było ostro. Po drodze mijało mnie kilku bikerów...na śląskich blachach ( SK/SD) - wybrali widać dojazd samochodem :). Przy okazji zmieniłem troszkę mój standard dojazdu do Węgierskiej Górki, skręcając w Godziszce na Słotwinę ( jej zachodnią część ). Ciekawa alternatywa, na pewno pod względem ruchu na drodze ;).
W Węgierskiej Górce zrobiłem zapasy i ruszyłem w tzw część terenową czyli na czerwony szlak. Początkowo kręciło mi się jakoś tak ciężko, noga nie chciała podawać jak należy. Dzięki bogu szybko się "rozruszała" i było już ok :).


Ach ta brzoza...:D

Wiem, wiem zachwalam strasznie ten czerwony szlak ale jest na nim dosłownie wszytko: są techniczne podjazdy, szerokie leśne dukty, nawet krótkie single ( co prawda pod górę ), korzenie , kamienie, ściółka i w jesiennym okresie tona liści :) czyli wszytko to co powinno być w pure MTB. Można idealnie poćwiczyć technikę na podjazdach a przy okazji napawać się genialnymi widokami na Beskid Śląski i Żywiecki. Jechałem tę trasę pierwszy raz w spdekach i różnica była piorunująca - w zasadzie wszystko wyjechane/przejechane, nawet tam gdzie wydawało mi się, że się nie da :). Troszkę zmasakrowałem się na jednym kamienisto-korzennym odcinku ale chciałem się sprawdzić czy podołam. No i co??? Bez problemu przejechane ale kosztem sił ;). Po wjechaniu na Glinne zaczęło się podziwianie prze zajebi...tych widoków. Kto tam był to wie, kto nie - niech żałuje !!!


Jeden jedyny wypych.








Do celu jeszcze trochę ;)


Trochę ściółki...dla urozmaicenia :).


Hala Radziechowska - tam to by można było umrzeć...





Na Glinnym to dopiero zaczęło wiać!!! To co było na dole to pikuś ale widoczki rekompensowały wszystko. I tak w zasadzie w silnym wietrze kręciłem na Barania Górę przypominając sobie metr po metrze. Tym razem odcinek ten poszedł baardzo gładko - są genialne widoczki, jest power :). Na jednej z przydrożnych skałek o mały włos mnie nie zwiało podczas uzupełniania kalorii :). Hehe zawiało grozą :D.




Mała Fatra widziana była jak na dłoni.

Jakoś wyjątkowo odcinek "podszczytowy" był posprzątany więc postanowiłem pomęczyć się troszkę i pokonać go na siodle. No i w zasadzie z małymi wyjątkami udało mi się tego dokonać. Co prawda musiałem robić sobie krótkie przerwy bo...płuca nie wydalały :). Ostatnie metry również na siodle choć o mały włos nie okupił bym tego mega skurczem. Hehe tak to się dzieję jak ktoś ma ambicje a przy okazji jeszcze publikę w postaci "sympatycznych" ( czytaj b.ładnych ) dziewojek. Wyjechać, wyjechałem ale z dość dziwnym grymasem na twarzy :). A na szczycie?? Ludzi od groma!! Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem tyle ludziska na Baraniej. Ale w sumie co się dziwić - pogoda była przecież prze genialna na niedzielny trekking :). A widoki??? Po prost bajka: Tatry, Mała Fatra, Lysa Hora etc. a wszystko jak na dłoni!!




Coś się tu kolory popitoliły...:/.


Tatry, Góra Matka i ...Biały Rumak.


Tatry!

Jako, że miałem (18) urodziny to na szczycie musiał być symboliczny toast!! Hehe kielicha nie miałem więc pociągnąłem z gwinta :D. Ludzie na mnie z deczka dziwnie patrzyli ale co tam...w końcu to był mój dzień :). Po symbolicznym "kielichu" spostrzegłem, że gdzieś wsysło mi mapę więc dalej trzeba było jechać na czuja czarnym szlakiem :).


Symboliczne alko. Co prawda szamapan to nie był i tak smakowało zajebiście ;)




Zjazd czarnym szlakiem.

Podczas zjazdu czarnym szlakiem o mały włos się nie wyrżnąłem - zahaczyłem "podwoziem" o korzeń. Tak to jest jak nagle na trasie pojawia spory uskok ( ala półka ). Jednak czarnym szlakiem nie dojechałem do końca tylko odbiłem w lewo na szeroką szutrową drogę biegnącą wzdłuż Baraniej. Bez mapy jechało się jak bez ręki, stąd też zasięgnąłem opinii lokalesów i poprowadzili mnie fajną drogą łączącą się później z zielonym szlakiem pieszym i niebieskim rowerowym. Rowerówką zjechałem już do Węgierskiej Górki,gdzie trza było uzupełnić zapasy bo w kieszonkach i w bidonie świeciło pustką :).



Trasa od Węgierskiej Górki do domu to już był stricte asfalt czyli...nic ciekawego ;). I tak oto spędziłem swoje urodziny, czyli jak??? Jedwabiście :). Oby zawsze tak człek czcił dzień swych narodzin :).


Dane wyjazdu:
8.66 km 0.00 km teren
00:21 h 24.74 km/h:
Maks. pr.:45.00 km/h
Temperatura:9.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: 60 m
Kalorie: 435 kcal

Whiskaczowy powrót

Niedziela, 27 października 2013 · dodano: 27.11.2013 | Komentarze 0

Po whiskaczowej mini imprezce trza było jakoś wrócić do domu...Hehe jakoś całkiem, całkiem nawet to wyszło :D. Po północy w sobotę to można jeździć - drogi puste, zero stresu i można ostro pomykać...nawet na podwójnym gazie ;)