Proud member of bbRiderZ

Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi jakubiszon z miasteczka Czaniec / Bielsko-Biała. Mam przejechane 69667.54 kilometrów w tym 2592.35 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 16.58 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie. button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy jakubiszon.bikestats.pl

Archiwum bloga

Dane wyjazdu:
95.82 km 24.00 km teren
05:08 h 18.67 km/h:
Maks. pr.:57.10 km/h
Temperatura:23.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1589 m
Kalorie: 2924 kcal

Nieśmiertelny Beskid Mały - Potrójna/Leskowiec

Piątek, 6 czerwca 2014 · dodano: 04.09.2014 | Komentarze 1

A co, a zrobiłem sobie długi weekend :). Prognozy były obiecujące więc postanowiłem wziąć sobie urlop na piątek :). Już w czwartek wieczorem narodził mi się w głowie szatański plan, zrobienia 3 pasm Beskidów w cały weekend. Miały to być: Beskid Mały w piątek, Śląski w sobotę i Żywiecki w niedzielę. Plan ambitny a czy go wykonałem w całości??? Zobaczycie, przeczytacie :).

Zatem zgodnie z harmonogramem na piątek przypadał Beskid Mały :). A wiadomo, że jak się tylko pomyśli o tej części Beskidów to do głowy przychodzi tylko jeden cel - Leskowiec :). Jeszcze po drodze nawiedziłem pracę by przekazać pewne informację kumplowi zza biurka . Z góry założyłem, że nie będę się tłukł z BB górami tylko jak najszybciej dotrę do okolic Andrychowa, by tam wpierw zaatakować Potrójną lecz jakąś nową, świeżą drogą/ścieżką. Jak planowałem tak zrobiłem - do Kóz jechałem głównymi drogami lecz zaraz przed centrum skręciłem w prawo by troszkę zaznać spokoju na bocznych traktach. Hehe miało być najszybciej a wyszło jak zawsze :D. Po chwilowym przestudiowaniu mapy w fonie, wyznaczyłem sobie idealną traskę, przy okazji odwiedzając rodzinne strony, gdzie człek za młodu szalał ( Bujaków ). Oj powróciły wspomnienia z dzieciństwa.... Sporo się od tego czasu pozmieniało jednak pewnych zaułków, dróg się nigdy nie zapomina :). W Kobiernicach ponownie powróciłem na główną drogę by nią już jechać do Roczyn. Dalej już klasycznie kręciłem do Bolęciny skąd miałem zaczynać atak na Potrójną.  W zasadzie była to lekka improwizacja, gdyż mapa nie pokazywała jakiejś konkretnej drogi - coś tam wchodziło do lasu ale szybko się kończyło. Jednak wiedziałem, że jest tam mnóstwo dróg zwózkowych, które albo łączą się z żółtym, albo czarnym szlakiem na Potrójną. Zatem przyszła pora na improwizację :D. Początkowo jechało się całkiem przyjemnie ale w momencie jak zaczęły się mocniejsze podjazdy, droga zamieniała się w krajobraz po burzy - jeden wielki syf spłukany  przez wodę....




Kozy - zaraz po zjechaniu z drogi głównej...


Tereny z dzieciństwa a w tle Gancarz :)


Początkowo uphill z Bolęciny był przyjemny...


Dalej ju mniej...





Zatem butowania było i to całkiem sporo ale takie są uroki szukania nowych wariantów :). W końcu dotarłem na Potrójną lecz nie zatrzymywałem się tam na długo tylko od razu ruszyłem czerwonym szlakiem na Leskowiec. Dla odmiany odbiłem na żółty szlak do Chatki pod Potrójną. Hehe jeszcze w sumie nigdy tamtędy nie jechałem na bike'u :). Ponownie wbiłem się na czerwony, tuż przed Rezerwatem Madohora. No to teraz zaczął się najlepszy odcinek na całej trasie - kto tam był to wie o czym mówię :).




Potrójna :)


Chatka pod Potrójną :)


W schronisku na Leskowcu zrobiłem sobie przerwę na obiad. Oczywiście zamówiłem sobie prze pyszny żurek, jak narazie najlepszy w promieni u 100 km ( mam na myśli schroniska ) . Podczas obiadu rozkminiałem, gdzie by tu jechać dalej...Padło na Gancarza i zielony szlak do Andrychowa :). Lubię ten szlak choć do najtrudniejszych nie należy. W zasadzie jest tylko jeden stromy zjazd ( Gancarz ) a tak to do Zagórnika śmiga się szerokimi leśnymi drogami. Za to można sobie zdrowo przycisnąć :). Chyba najlepszy odcinek, choć krótki jest po przecięciu drogi łączącej Zagórnik z Inwałdem - fajna, kręta, korzonkowa ścieżka. Tak tam pędziłem, że...wpadłem w dziką róże...Heheh paskudny krzak się troszkę rozrósł od ostatniego czasu :). Polało się troszkę krwi i parę ciał obcych trza było wyciągnąć ze skóry... Nie ma nic przyjemniejszego jak spocone ciało i rany do krwi...Hmnnn miodzio :D. Szczypało jak cholera ale trza było jechać. Po drodze wstąpiłem jeszcze na 2 godzinki do domu rodzinnego na uzupełnienie zapasów ;).



 
Schronisko PTTK Leskowiec. Uwielbiam tam jeździć :)


Jak na razie najlepszy schroniskowy żurek.


Gancarz. Przy okazji zaintrygowała mnie jedna ścieżka - trza ją sprawdzić w najbliższym czasie :)


Oj szczypało....



Powrót na Bielsko ostatnio najczęściej uczęszczaną trasą przez Kozy. Pisarzowice, Hałcnów. Mimo, że sporo było asfaltu to i tak zabawa była przednia - nie ma jak Beskid Mały!!!!



Route 2 785 348 - powered by www.bikemap.net



Dane wyjazdu:
55.19 km 0.00 km teren
02:21 h 23.49 km/h:
Maks. pr.:58.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1086 m
Kalorie: 1861 kcal

Rozjazdowy Dzień Dziecka ;)

Niedziela, 1 czerwca 2014 · dodano: 02.09.2014 | Komentarze 3

Po sobotniej setce przyszła pora na lekki rozjazd i chillout u rodziców :). Tak więc dosiadłem Białego i ruszyłem przez Przegibek w stronę Czańca. Jechałem sobie bardzo lajtowo, bez żadnej spinki - czysta rekreacja. W końcu do czego się miałem śpieszyć...w sumie by się może znalazło ( niedzielny rosołek ) ;) ale jakoś taki rozleniwiony byłem ;). Po błogim lenistwie i niedzielnym obżarstwie przyszła pora na powrót, tym razem już nie uphillowo tylko łagodnie, można by rzez już ostatnimi czasy klasycznie czyli przez Kozy, Pisarzowice, Hałcnów. Na sam koniec zafundowałem sobie prezent na Dzień Dziecka a mianowicie...[patrz niżej] :)


 
Pifko na bielskim ZWMie









Dane wyjazdu:
119.00 km 2.00 km teren
04:48 h 24.79 km/h:
Maks. pr.:71.00 km/h
Temperatura:17.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1344 m
Kalorie: 2728 kcal

Szosowo po okolicy + spontaniczny Cieszyn :)

Sobota, 31 maja 2014 · dodano: 02.09.2014 | Komentarze 0

Sobotnie szosowanie z Dawidem i nie tylko :).

Dostałem telefon od Dawida: " kręcimy coś?". Hehe głupie pytanie - "wiadomo, że TAK":). Szybko przeistoczyłem się w bikera i już mam wychodzić z mieszkania a tu telefon - idzie burza. Hmnn no co trza było trochę poczekać ale dzięki bogu jakoś to cosik ominęło Bielsko :). Zatem  szybko pomknąłem na myjkę, no bo jak tu tak do ludzi jechać z uciapranym Białym Rumakiem. Zbiórka ustawowo na lotnisku. Niestety Dawid nie miał za dużo czasu więc wybraliśmy wariant krótki czyli Jaworze, Biery, Łazy i Międzyrzecze. Przyznam się bez bicia, że moja noga, tudzież koło, jeszcze tam nie była/o. No cóż zawsze jakoś wolałem jechać dalej niż kręcić po okolicy. Zawsze mi się wydawało, że są to mało ciekawe tereny, ni ma górek, widoczków etc. Podjazdów może ambitnych nie było ale szło nacieszyć oko i to nie koniecznie płcią piękną ;). Przy okazji poznałem parę nowych dróg, ścieżek choć nadzień dzisiejszy zapewne miałbym problem powtórzyć tę trasę bez mapki ;D. Podczas powrotu, gdzieś w okolicy zapory w Wapienicy zaskoczył Nas mały deszczyk. Przeczekaliśmy ją...w Karczmie Pod Strusiem ( na lotnisku w BB ) :D. Dawid niestety musiał już wracać do domu a ja wciąż miałem niedosyt :).   



Gdzieś w Rudzicy...



Jednak jakiegoś konkretnego planu nie miałem.. Postanowiłem zatem odwiedzić Szwagra i tam poszukać inspiracji tudzież jakiegoś rowerowego celu :). Kawkę wypiłem i mnie olśniło :D - dawno mnie nie widzieli w ...Cieszynie, mieście dwóch Terminatorów :). Jako że pogoda zrobiła się wyśmienita, słoneczko mocno przygrzewało, trza było uzupełnić zapasy ciekłe by człek się nie odwodnił ;). Na Cieszyn ruszyłem klasycznie czyli tzw starą drogą, biegnącą nieopodal dwu-pasu. Pierwotnie miałem jechać przez Kisielów i Goleszów ale jakoś mnie pokusiło, żeby odbić w drugą stronę a mianowicie na Iskrzyczyn i  Dębowiec. W sumie ileż razy można jeździć tymi samymi drogami - trza w końcu coś urozmaicić a przy okazji poznać nowe miejscówki :).


 

W tyle zostawiam Beskid Śląski...



Na wstępie powiem, że dróg to tam za dobrych nie mają - dziura na dziurze. Na kolarce za miło by nie było :(. Mimo wszystko kręciło się fajnie, widoczki dopisywały i ten specyficzny klimacik wiejski dawał niezłego kopa ;). W Hażlach wbiłem się już na z deczka lepszą drogę bo na krajówkę 938. Asfalt lepszy był ale też przy okazji więcej samochodów. I tak oto dojechałem do Cieszyna, totalnie z innej strony niż zawsze :). Jak już byłem w tym jakże pięknym miasteczku, trzeba było oczywiście przejechać przez granicę , jednak zaraz przed mostem na Olzie zauważyłem tabliczkę " Cieszyńska Wenecja". Plany odwiedzenia Pepików poszły w tym momencie w niepamięć :). Ruszyłem odświeżyć sobie pamięć czyli pokręciłem do owej Wenecji.


 









Uliczka może nie jest za długa ale klimacik na niej panuje przedni :). Oczywiście do prawdziwej Wenecji to jej brakuje oj wiele ale mimo wszystko warto się tam wybrać. Ja oczywiście nie omieszkałem odmówić lokalnemu browarowi - przechyliłem pyszne Brackie w "weneckiej" knajpce ;). A że jakoś tak poczułem klimat Śląska Cieszyńskiego to jeszcze wchłonąłem ponoć ich przysmak - oblat. Ile w tym prawdy nie wiem, muszę się zapytać Cieszyńskich Terminatorów czy to oby na pewno jest lokalny przysmak :).


 

Być w Cieszynie i nie wypić Brackiego to już grzech ciężki ;).





Skoro Goleszowa nie zrobiłem jadąc do Cieszyna postanowiłem tam zajechać w drodze powrotnej. Tak więc powrót do Bielska był już bardzo ale to bardzo klasyczny czyli przez Bażanowice, Goleszów, Ustroń, Górki Wielkie, Jaworze. I tak oto prawie pół soboty na rowerze. Może mało ambitnie ale przyjemnie i w miłym towarzystwie :).







Dane wyjazdu:
54.11 km 0.50 km teren
02:22 h 22.86 km/h:
Maks. pr.:54.00 km/h
Temperatura:9.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:536 m
Kalorie: kcal

Zimowa końcówka maja...

Czwartek, 29 maja 2014 · dodano: 11.08.2014 | Komentarze 0

Co tu dużo pisać...Po prostu pojechałem do rodziców w celach różnych ;).  Aura tego dnia byłą wyjątkowo paskudna -siąpiło i było jak na maj zimno i to bardzo ( 9 st.C.). Miałem wielki dylemat jak się ubrać - gdyby nie siąpiło sprawa byłaby prosta. No niestety nie mam żadnej kurtki przeciwdeszczowej więc poratowałem się...zimówką. W zasadzie przy takich warunkach odczuwalna temperatura jest dużo niższa więc zimówka z membraną była nawet wskazana. Ubrałem na siebie nawet zimowe nogawki i ochraniacze na buty - hehe ubiór jakby co najmniej był marzec :D. Z racji że deszcz mi wtedy nie przeszkadzał wybrałem troszkę dłuższą trasę przez Podlesie, Kobiernice, kładkę na Sole i już odświeżone ścieżki wzdłuż rzeki ;). Jednak owe ubranie było troszkę za ciepłe ale przynajmniej spaliłem więcej kalorii ;). Powrót też troszkę urozmaiciłem :) . W Bujakowie skręciłem na Podlesie a tam w lewo w stronę lasu. Zawsze ciekawiła mnie tam jedna droga więc postanowiłem ją sprawdzić :). Początkowo był asfalt a później już można by rzec namiastka terenu ;). No niestety trzeba było posłużyć się mapą bo skończyłbym w szczerym polu :D. W końcu się jakoś odnalazłem i ruszyłem w stronę Pisarzowic, dobrze mi znaną trasą :)
Kurcze o kto by pomyślał, że w maju będzie taki warun... :)

Nie ma zdjęć to będzie...muzik ;)







Dane wyjazdu:
57.12 km 1.00 km teren
02:28 h 23.16 km/h:
Maks. pr.:54.90 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:450 m
Kalorie: kcal

Do domu na Grilla :)

Niedziela, 25 maja 2014 · dodano: 07.08.2014 | Komentarze 0

Po górskich klimatach przyszedł czas na rozjazd :). Tym razem zrobiłem sobie lajtową przejażdżkę do rodziców na niedzielnego grilla a przy okazji załatwiając Dzień Matki :). Jakoś za bardzo z trasa nie kombinowałem - wybrałem wariant przez Krzemionki, Podlesie. W Kobiernicach odbiłem tylko w lewo na kładkę na Sole by przypomnieć sobie dawne tereny. Hehe z deczka się pozmieniało - parę ścieżek/dróg zarosło albo rzeka porwała :). Troszkę pokombinowałem ale w końcu wyjechałem na drogę główną, hehe co prawda nie tam, gdzie planowałem :). U rodziców piwko, kiełbaska czyli wszystko tak jak należy :). No niestety trza było się brać bo rano do pracy. Po lekkim obżarstwie troszkę ciężko się kręciło ale dałem radę :). Wracałem można by już rzec klasycznie przez Bujaków, Kozy-Zagrodę, Pisarzowice i Hałcnów. Tak to można kończyć tydzień :).



Po ostatnich opadach Soła za ciekawie nie wyglądała...


A tu kiedyś biegła droga...


Idealne zwieńczenie tygodnia :).

Route 2 618 674 - powered by www.bikemap.net




Dane wyjazdu:
85.42 km 30.00 km teren
06:08 h 13.93 km/h:
Maks. pr.:62.50 km/h
Temperatura:23.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1920 m
Kalorie: 2055 kcal

Barania Góra z Sarenkami ;)

Sobota, 24 maja 2014 · dodano: 07.08.2014 | Komentarze 7

No dobra...teraz to już przesadziłem z zaległościami....Wiem trzeba mnie gonić za to i to ostro...Z chęcią zostanę ukarany przez jakąś miłą niewiastę :D . Nie no żart :D

Wróćmy do sedna :).

Efff (Ewa) powróciła po raz drugi w Beskid Śląski - tym razem chciała w nieco dogodniejszych warunkach zdobyć Baranią Górę. A że warun był zacny, że miałem tym razem czas to postanowiłem Im ( Była z koleżankami ) towarzyszyć ale jak to w moim przypadku - na rowerze :). Stąd też zbytnio z wyjazdem się nie spieszyłem, gdyż wybrany przez Ewę szlak znam i wiem, że troszkę czasu się drepta. Planowałem dołączyć do dziewczyn gdzieś w okolicy Hali Radziechowskiej. 
Jednak tym razem wymyśliłem sobie, że do owego miejsca spotkania dojadę inaczej a mianowicie niebieskim szlakiem z Matyski. Hehe na dzień dobry troszkę pobłądziłem, nawet lokalna sarenka nie wiedziała, gdzie biegnie szlak :D. Jakoś go odnalazłem i ruszyłem w górę. Początkowo kręciło się fajnie - dziki, mało uczęszczany szlak dawał sporo frajdy. Jednak wszystko co dobre szybko się kończy :( - w pewnym momencie szlak przerodził się w drogę zwózkową ale nie taką ładnie ubitą, wyrównaną tylko w mega rozpieprz - widać, że nie dawno tu coś robili. Po prostu tragedia - konary, gałęzie leżały wszędzie, szlaku w ogóle nie było widać. Po dobrych 20-stu minutach poszukiwań udało mi się odnaleźć szlak. Dzięki bogu dalszy odcinek do Hali Radziechowskiej pozwolił zapomnieć o mega wkurwie - fajny wąski singielek :).



Widoczek na Matyskę i Beskid Żywiecki.


Na niebieskim...





No niestety do  planowanego miejsca spotkania przyjechałem z lekkim poślizgiem stąd też dziewczyny były kawałek przede mną. Korzystając z pięknych widoczków i ogólnej słabości do Hali Radziechowskiej, postanowiłem sobie zrobić krótką przerwę na małe co nieco  :). Tak więc zacząłem gonić niewiasty :) . Udało mi się to dopiero kawałek za Magurką Wiślańską czyli można by rzez zaraz przed "szczytowaniem" - hehe proszę tu nie mieć żadnych sprośnych skojarzeń ;). Widać dziewczyny miały konkretne tempo, skoro tak daleko je dogoniłem. Krótka pogawędka i ruszyłem dalej by spotkać je znowu na szczycie. Nie ukrywam, że ostatnie chwile czerwonego szlaku są dla mnie zawsze wyzwaniem. Odcinek ten jest dość wymagający ( mam na myśli ten "leśny) a ja zawsze lubię "trochę" powalczyć :).  Po krótkiej chwili dziewczyny dołączyły do mnie - tym razem widoczki były przednie, nawet Tatry było widać. Ustawowa przerwa na małe co nieco - muffiny Ewy wymiatały :). Niestety zaczęło coś grzmieć i trza było się teleportować w dół. Schodziliśmy/zjeżdżaliśmy już wszyscy razem, początkowo czarnym szlakiem by ostatecznie wbić się na zielony. Przyznam się bez bicia - ani jednym ani drugim nigdy nie jechałem w całości, zawsze gdzieś odbijałem/ skracałem. Tym razem zrobiliśmy je w całości i powiem szczerze bardzo fajne i klimatyczne szlaki, miejscami zdrowo zarośnięte i sporo singielków :). 




Hala Radziechowska.


cd.






Barania Góra.



Powiem więcej - już zawsze będę zjeżdżał tymi szlakami bo fan był przedni mimo, że jechałem tempem piechurów. Już nawet nie chce wiedzieć co by się działo, gdybym zjeżdżał sam... Ekstaza murowana :D. Na ostatnich metrach, nazwijmy to leśnego odcinka zielonego szlaku, zaczęło już padać ( zbliżała się pioruńska burza ) więc postanowiłem zjechać do "cywilizacji" i tam już poczekać na dziewczyny - ja nie miałem nic przeciwdeszczowego :/. Oj burza była konkretna!! Gdy deszcz ustał, pojawiły się niewiasty - szybkie pożegnanie i ruszyłem z powrotem asfaltami w stronę Bielska bo coś czułem, że to nie koniec wyładowań :).


P.S. Dzięki za towarzystwo Sarenki :)



Na czarnym szlaku...


Sarenki depczą mi po piętach ;)



Zielony szlak - dosłownie :D


Foto by Efff.



Kategoria Beskid Śląski


Dane wyjazdu:
61.00 km 0.50 km teren
02:23 h 25.59 km/h:
Maks. pr.:61.50 km/h
Temperatura:26.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:500 m
Kalorie: kcal

Na obiad z lekkim bonusem ;)

Czwartek, 22 maja 2014 · dodano: 30.06.2014 | Komentarze 2

Trip z cyklu "szosowo bez celu" - ma się rozumieć ambitnego :).
Kurcze co tu się będę rozpisywał, po prostu pokręciłem do rodziców na obiad oraz skosić trawę w ogródku :). CZyli można by rzec zwykła dojazdówka. Dojazd do Czańca był najprostszy z możliwych  a zarazem z najszybszy . Wiadomo, jak się kończy prace o 15 i się ma "trochę" metrów kwadratowych do skoszenia to nie kombinuję się z trasą :). Oczywiście dałem ciała bo zapomniałem kluczy od garażu i musiałem czekać na padera :(. Oczywiście nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i w międzyczasie skoczyłem sobie na cooltowego lodzika włoskiego do Andrychowa. Powrót był już troszkę bardziej urozmaicony gdyż pokręciłem troszkę po bocznych, czanieckich drogach a na koniec zafundowałem sobie traskę przez Pisarzowice - jakoś nie chciało mi się wracać głównymi drogami. Przy okazji poznałem nową drogę, którą teraz namiętnie wracam do BB..




Czas na powrót  :)



 
Route 2 669 757 - powered by www.bikemap.net



Dane wyjazdu:
43.29 km 24.00 km teren
03:10 h 13.67 km/h:
Maks. pr.:50.40 km/h
Temperatura:26.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1526 m
Kalorie: 746 kcal

Treningowe Gaiki + Czupel

Środa, 21 maja 2014 · dodano: 26.06.2014 | Komentarze 4

Środa była tak piękna, że nie mogłem jej inaczej spędzić niż na bike'u. Przyszedłem z pracy, szybko wszamałem obiad ( pierogi ) i ruszyłem na moją uphillową, autostradową treningówkę na Gaiki. Chyba się za bardzo najadłem bo na pierwszym mocniejszym  podjeździe dostałem kolki :D. Po zatankowaniu w "Pysznym Źródle" kolka ustąpiła i zacząłem zjazd niebieskim singielkiem. Później już klasycznie leśną droga na Gaiki. Jednak tym razem było już troszkę ciężej bo zeszłotygodniowe ulewy z deczka zniszczyły ten odcinek :/. Ciężej ale też fajnie, bardziej technicznie :). Z Gaików tym razem zjechałem szlakiem na Przegibek, gdzie korzystając z paskudnych autostrad wjechałem na Magurkę Wilkowicką,




Żar się straszny z nieba lał...Już nie wspomnę jak się lało spod kasku ;)


Panoramki z treningówki.


Zjazd z Gaików na Przegibek. Panoramka na Bielsko i Beskid Śląski.


W oddali Dolina Rzeki Soły widziana z Magurki Wilkowickiej.





Z Magurki pokręciłem na Czupel z myślą, że może uda mi się zobaczyć Taterki. Hehe głupi ma zawsze szczęście!! Widoczność była genialna a do tego Tatry były jeszcze idealnie podświetlone przez wieczorne słońce. Po prostu kisiel w majtach...wróć we wkładce :D :D. Siedziałem na mojej ulubionej polance chyba z pół godziny wpatrując się w genialną panoramkę. Przy okazji zczaiłem jak można tam dojechać, nie przedzierając się przez chaszcze :).  Na samym szczycie Czupla też zrobiłem krótką przerwę tym razem wpatrując się w Dolinę Rzeki Soły.  A zrobiłem sobie taki wieczorny chillout'cik ;).  Następnie ruszyłem czerwonym szlakiem lecz nie ujechałem za daleko gdyż skręciłem w prawo w leśną drogę. Wydawało mi się, że dojadę nią do zielonego szlaku jednak to nie była  opcja któą kiedyś pedałowałem. Kręciłem totalnie na czuja a żeby było ciekawiej to co  chwile było jakieś rozwidlenie :). Ostatecznie wyjechałem...kawałek przed Czuplem jadąc od Magurki :D. Oczywiście nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło bo przynajmniej poznałem nowe drogi, fajnie popodjeżdżałem i odkryłem genialną miejscówkę z fantastycznym widoczkiem ( patrz niżej ).






Moja ulubiona miejscówka w "bielskiej" części Beskidy Małego - polanka poniżej Czupla. Między Babią a Pilskiem było widać idealnie Tatry.







Z czerwonego szlaku ( na który ponownie wjechałem ) wbiłem się na czarny lecz przed skrętem na punkt widokowy odbiłem w prawo na bardzo sympatycznie wyglądającą ścieżkę, prawie że singielek. Oj ależ się tam pięknie zjeżdżało. Po prostu cud miód i orzeszki. Szkoda tylko, że robiło się już szarawo i nie można było za bardzo przycisnąć. Ścieżka warta powtórzenia bo nie dość, że genialna to jeszcze na ostatnim kilometrze odchodziło od niej mnóstwo singielków na boki :). Wyjechałem w zasadzie obok asfaltu biegnącego na Magurkę. Z racji że zmrok już powoli zapadał, już nie kombinowałem tylko jak najszybszą droga wracałem do Bielska.
Wypad jak najbardziej udany - dobry trening uphillowo-downhillowy a do tego majestatyczne widoczki. Czegóż chcieć więcej :).


Route 2 669 581 - powered by www.bikemap.net


Kategoria Beskid Mały


Dane wyjazdu:
90.67 km 15.00 km teren
04:42 h 19.29 km/h:
Maks. pr.:67.30 km/h
Temperatura:16.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2007 m
Kalorie: 2299 kcal

Podeszczowe odwiedziny w...Beskidzie Małym ;)

Niedziela, 18 maja 2014 · dodano: 26.06.2014 | Komentarze 2

Po tygodniu ulew, powodzi itp już się nie mogłem doczekać na ciut ładniejszą pogodę. Po prostu nosiło mnie :). Dzięki bogu weekend był całkiem znośny więc postanowiłem coś pokręcić. Takich jak ja było więcej więc padł pomysł na wspólnego tripa lecz z góry założenie było by nie wjeżdżać w teren bo było mokro jak cholera. Z Dawidem zgadaliśmy przy Orlenie na Żywieckiej. Na pierwszy ogień poszedł Przegibek. Zjazd do Międzybrodzia jak zawsze szybki by wyzwolić w organizmie choć troszeczkę adrenaliny. Na zaporze w Porąbce czekał już na Nas K4rel  i dalej już razem pokręciliśmy w stronę Przełęczy Targanickiej ( Beskidek ). Tempo za mocne nie było choć chłopaki na ostatnich metrach przed szczytem przełęczy pięknie mnie odstawili ale jak zawsze powtarzam, nie czuję się za dobrze na asfaltowych podjazdach...Hehe co innego w terenie :).




Zjazd z Przegibka ;)



Na przełęczy obowiązkowe uzupełnienie płynów, kalorii i ruszyliśmy w dół by znowu zacząć się wspinać - tym razem na Kocierz. Skoro nie było terenu to przynajmniej trzeba było zrobić troszkę metrów w pionie :). Po dwóch uphillach byłem rozgrzany więc podjazd poszedł całkiem sprawnie. Hhehe nawet do pewnego momentu siedziałem Kubie na kole ale gdzieś w połowie nie wytrzymałem tempa :). Próbowałem jeszcze pod koniec go dogonić ale skończyło się jak zawsze - niepowodzeniem :D :D. 




W drodze na Kocierz.





Po bananowej przerwie padł "szatański" pomysł wjechania w ...TEREN :). Tak więc wbiliśmy się na superowy zielony szlak na...Przełęcz Targanicką. A co!! Taka idealna pętelka :) . Początkowo nikomu w głowie nie było taplanie się w błocie a tu taki mały psikus - cykloza robi z mózgu sieczkę ;). Zjazd jak zawsze przedni choć tym razem z deczka wolniejszy ze względu na błoto.... Z przełęczy znowu zjechaliśmy kawałek w stronę Targanic by wbić się na kolejny fajny, sztywny podjazd ulicą Złota Górka. Oj tam to się pot lał :). Jak że liznęliśmy już trochę terenu...a było go jednak za mało....ponownie wjechaliśmy na zielony szlak, jednak tym razem w stronę Porąbki. Szlak może mało podjazdowy ale za to jakie widoczki. Nawet udało nam się dojrzeć Taterki z Trzonki :).






Oczywiście komurczany aparat nie wychwycił Tatr :(.


W tym momencie osłupiałem...



Szoku doznałem jadąc przez Trzonkę widząc...pasące się owce!! Taki widok w tym rejonie to totalna rzadkość!! Kiedyś zapewne na tych łąkach było to normą ale w obecnych czasach już prawie nikt nie hoduje owiec  a co dopiero wypasa na górskich łąkach. Zaskoczenie spore ale jak najbardziej pozytywne :). Po płaskim odcinku po paśmie przyszła pora na elegancki zjazd do Porąbki. początkowo spadek był niewielki, droga łatwa ale końcówka to już klasyczna rąbanka beskidzka w głębokiej rynnie. Niektórzy tego nie lubią ale nie ja :). Mnie to jak najbardziej odpowiada a przy okazji wyzwala sporo adrenaliny i daję dużo fanu :).









W Porąbce się rozdzieliliśmy - Dawid pojechał do BB a ja z Kuba pokręciliśmy w stronę Czańca zahaczając jeszcze parę metrów w terenie . Pokazałem jeszcze K4r3l'owi pewien odcinek omijający główne drogi  i wróciłem się do domu rodzinnego na obiad. Byłem jeszcze umówiony z kumplem jednak coś mu wyskoczyło i nici z odwiedzin. Tak więc posiedziałem troszkę w domu i ruszyłem z powrotem na Bielsko. Jednak nie chciało mi się jechać przez Przegibek czy tam Łodygowice więc wybrałem łagodniejszą wersję przez Kęty, Hecznarowice i Hałcnów.








Kategoria Beskid Mały


Dane wyjazdu:
69.47 km 36.00 km teren
05:04 h 13.71 km/h:
Maks. pr.:70.70 km/h
Temperatura:17.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2704 m
Kalorie: 1621 kcal

Boxerski, Uphill w magurkowych klimatach

Niedziela, 11 maja 2014 · dodano: 25.06.2014 | Komentarze 3

...i znowu do zrzygania Beskid Mały :) ale co zrobić jak on taki piękny. :)


Tym razem, już nie samotnie ale w towarzystwie - K4r3l'a, postanowiliśmy pokręcić w okolicach Magurki Wilkowickiej. Jako, że mieszkamy po przeciwnych stronach pasma zgadaliśmy się w miejscu dla każdego chyba najodpowiedniejszym tj. na Przegibku. Jednak sam dojazd obojgu sprawiał nam lekkie problemy - mam tu na myśli wiatr. Hehe jakby człek nie jechał zawsze pod wiatr a było to dość dziwne bo jechaliśmy w przeciwnym kierunku :D. Mnie na dodatek męczył niedzielny kac... Trza z tym skończyć :D :D . Planowaliśmy wjechać na Magurkę narciarskim szlakiem ale po przejechaniu może 5 metrów w terenie ukazała nam się prze paskudna autostrada...Ręce opadły, kolana się ugięły :(. To co robią na tym paśmie przechodzi ludzkie granice - nic tylko orają, wycinają czyli niszczą to co najpiękniejsze... Postanowiliśmy sprawdzić jak daleko prowadzi owa autostrada i okazało się, że do samego czerwonego szlaku...Masakra!!! Na Magurce zrobiliśmy sobie symboliczną przerwę na Batona i udaliśmy się na słynnego singla i boxera. Dużo słyszałem o tych trasach i dość mocno mnie ciekawiły ale jakoś nigdy nie miałem przewodnika - hehe Kuba tam już jechał więc doprowadził mnie bez problemu.




Hehe wyjątkowo przyjechałem pierwszy :D


Autostrada na Magurkę od Przegibka.


Oj zjazd singielkiem a później boxerem dał mnóstwo frajdy ale z drugiej strony człek se uświadomił, że technicznie to jest cieniutki, oj cieniutki... Przyznam się bez bicia, że przytrafiło mi się nawet sprowadzić kawałek...masakra... Dostaliśmy cynk od Dawida, że też gdzieś krąży po okolicy jednak nie udało nam się niestety spotkać. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o Chatkę na Rogaczu, skąd rozpościerał się piękny widoczek na stolicę Podbeskidzia i Beskid Śląski. Po zjechaniu z boxera zaskoczyła mnie mnogość ścieżek/singli w okolicach Stalownika - po prostu raj dla bikerów :). Przyszłą pora na wyznaczenie kolejnego celu. Zaproponowałem Kubie moja "treningówkę" w okolicach Gaików. Zatem ruszyliśmy w stronę Straconki zahaczając o...Ciachomanię :). Oj ale tam było MIŁO!! A ta obsługa...Anielice a w szczególności jedna z deczka zamieszała nam w głowach :D. Nie dość kurcze, że sympatyczne dziewojki kręcą kuperkami to jeszcze się człek nie mógł zdecydować co wybrać :). No troszkę zajęło za nim coś wybrałem...Ach te dziewojki ;). Po bardzo dobrym ciachu i wzrokowym naładowaniu baterii ;) trza było się ruszyć w kierunku Gaików .






Jest i przepyszne ciacho, oczywiście z kakaem by uzupełnić magnez ;).




Po pięknych widoczkach jakby motywacja do kręcenia wzrosła :) tak też treningówką jechało się wyśmienicie. Oczywiście nie mogło być zbyt kolorowo i z deczka poknociłem drogi. Rzekłbym nawet, że zaczęła się improwizacja i próba odnalezienia się w terenie. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło bo przy okazji zaliczyliśmy jeden fajny uphill. Udało się nawet wbić na planowaną drogę :). Jednak pogoda się spieprzyła - zaczęło mrzyć/lać. Po dojechaniu do Gaików postanowiliśmy zjechać zielonym szlakiem na Nowy Świat. Pogoda się pieprzyła więc trzeba było szybko wracać. Hehe jak ktoś zna teren to wie, że ja jechałem w przeciwna stronę domu :D ale jakoś byłem tak zmotywowany jasnowłosą niewiastą, że totalnie mi to nie przeszkadzało :). Jednak nie dojechałem do końca szlaku tylko gdzieś w połowie pożegnałem się z Kubą i uderzyłem leśną drogą w stronę asfaltu na Przegibek. Hehe przy okazji zaliczyłem mini singla :D.  Wyjechałem oczywiście nie tam, gdzie planowałem więc musiałem troszkę zjechać asfaltem bo ubzdurało mi się w palniku, że zrobię sobie jeszcze żółty szlak z Międzybrodzia na Magurkę. Siła mnie tak rozpierała, że całość wyjechałem na raz, bez przystanku/przerwy. Oj nóżka wtedy podawała!!!



Zjazd genialnym niebieskim szlakiem spod Gaików.


Ach te widoczki...To się nazywa treningówka - jest wycisk i do tego zacne panoramki :)



Z Magurki zjechałem szybkim ale równie pięknym czerwonym szlakiem do Straconki. Później  to już mi zostały asfalty.

Reasumując: to był gibki trip - sporo podjazdów, sporo potu wylanego, niezły fan na zjazdach i w końcu zaliczone kultowe single z Magurki. Jeżeli dodać do tego jeszcze te pyszne ciacho i prze sympatyczną obsługę ;) to śmiało mogę powiedzieć, że była to prze genialna niedziela :). Dzięki Kuba za towrzystwo!! To kiedy znów jedziemy do Ciachomanii???? :D




Kategoria Beskid Mały