Proud member of bbRiderZ

Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi jakubiszon z miasteczka Czaniec / Bielsko-Biała. Mam przejechane 69667.54 kilometrów w tym 2592.35 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 16.58 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie. button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy jakubiszon.bikestats.pl

Archiwum bloga

Dane wyjazdu:
137.30 km 1.00 km teren
05:37 h 24.45 km/h:
Maks. pr.:72.00 km/h
Temperatura:8.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1200 m
Kalorie: 3327 kcal

Znowu szosa... Ehhh ;)

Niedziela, 7 lutego 2016 · dodano: 17.02.2016 | Komentarze 3

Miał być zimowy trekking na Małej Fatrze ale co? Brak chętnych...Chyba się ludziska przestraszyli prognozy pogody, a dokładnie przewidywanego, porywistego wiatru :) . Jak to często bywa - meteorolodzy się mylili ( na moja korzyść. Zatem nie tracąc rano czasu dosiadłem Białego Rumak i pomknąłem w stronę Cieszyna. W zasadzie jakieś konkretnego planu na tripa nie miałem, cały czas się tworzył w mojej głowie. A myśli mi chodziły różne ;). Wiedziałem tylko, że trzeba coś urozmaicić, poznać nowe drogi/ścieżki. Zatem pokręciłem w stronę Cisownicy. Pierwotnie miałem jechać "główną" drogą w stronę przejścia granicznego w Lesznej Górnej. Jednak zaintrygowała mnie na mapie jedna dróżka. Domyślałem się, gdzie może mnie zaprowadzić ale wolałem być pewien na 100%.  I to był strzał w dziesiątkę - podjazd na Budzin był genialny ( wąska, stroma droga ) i do tego mocno widokowy.  Numer jeden w okolicy :).





Czeskie górki w oddali ( Beskid Śląsko-Morawski ).



A tu już w pełnej krasie :).


Po przekroczeniu granicy udałem się do Trzyńca by ostatecznie wjechać do Cieszyna. Tam zrobiłem sobie krótką przerwę by ustalić kolejną część trasy. Postanowiłem jeszcze troszkę pokręcić po Śląsku Cieszyńskim. Ruszyłem zatem w stronę Pogwizowa, Koszyc by ostatecznie przez Dębowiec dotrzeć do Skoczowa. Szczerze przyznam całkiem ciekawe tereny na szosę - ciekawe podjazdy, pikne widoczki i na dodatek Tężnia Solankowa. Hehe zawsze to jakaś atrakcja ;). Dojeżdżając do Skoczowa, walcząc po drodze z bocznym wiatrem, wpadł mi do głowy pomysł by... okrążyć Zbiornik Goczałkowicki. Jak pomyślałem,, tak zrobiłem :) . W między czasie jeszcze troszkę pokombinowałem z trasą ale ostatecznie wpadłem na główny trakt wokół Goczałek.





Cieszyn.


Tężnia solankowa w Dębowcu.




Wiatr dawał się coraz bardziej we znaki jednak do zapory się dało jako tako jechać. Później to już była walka - non toper pod wiatr. Oj zmasakrowało mnie to konkretnie :). Hehe takie uroki ale czego się nie zrobi dla chwil na bike'u - reset po ciężkim tygodniu musi być, baterię naładowane :).

P.S. I znowu seta wykręcona :]







 


Dane wyjazdu:
125.00 km 3.00 km teren
06:15 h 20.00 km/h:
Maks. pr.:71.00 km/h
Temperatura:10.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1809 m
Kalorie: 3539 kcal

Pętla Beskidzka troszkę inaczej :)

Sobota, 30 stycznia 2016 · dodano: 04.02.2016 | Komentarze 5

Był teren to i musi być szosa :).
Pogoda tego dnia zapowiadała się wybornie więc postanowiłem nie gnić na mieszkaniu tylko coś pokręcić. A że głód pedałowania był straszny więc trza było wymyślić coś konkretnego. Padło z wiadomych względów na szosę - w górach było jeszcze sporo mokrego śnieg i błota. Jak ambitnie to ambitnie - Pętla Beskidzka ale w nieco zmienionym wariancie. Początek był klasyczny - kierunek Węgierska Górka. Po drodze skoczyłem do Żywca by oglądnąć pewną Cytrynę. Niestety C5-ka się już sprzedała :( więc pooglądałem sobie C8-ke. :). Całkiem fajne autko :). W Węgierskiej Górce standardowo odbiłem na Trakt Cesarki by unikać dużego ruchu a w szczególności blachosmrodów :). I tak oto dotarłem do Szarego, zaliczając krótki odcinek szutrowych duktów. Od tej pory przyszła pora na coś nowego - obczaiłem na mapach, że wzdłuż dwupasmówki na Zwardoń biegnie droga. Wyglądało, że będzie to asfaltówka więc długo nie myśląc wkroczyłem na nią. I to był szczał w dziesiątkę - idealnie równa, spokojna, pusta, widokowa droga do miejscowości Suche. Po drodze czekały na mnie 2 szykowne uphille. Mam tu na myśli konkretne podjazdy bo w zasadzie cały czas się jechało delikatnie pod górę. Ostatni to już istna ścianka :).




 Taki warun tuż przed południem :)


Ach ta Babiczka ;)


Barania Góra.


Widokowo.


Jako że już wjechałem na obce mi tereny, postanowiłem znowu namieszać w trasie - zamiast odbijać na centrum  Lalików, pokręciłem do przysiółka Krawce. Tam według mapy droga się miała kończyć ale moja intuicja podpowiadała mi, że tak nie może być. I miała rację :). Co prawda asfalt się skończył ale była leśna droga, która idealnie doprowadziła mnie do właściwego miejsca. Heheh dobrze, że jednak nie zakładałem slicków :D. Po tym jakże improwizowanym odcinku przyszła pora na powtórkę z rozrywki czyli bardzo przyjemny, asfaltowy dukt leśny łączący Laliki z Jaworzynką. Jak dla mnie jest to bardzo fajna opcja - jedzie się wąska, asfaltową drogą kompletnie samemu ( zero ruchu ) wśród wysokich drzew. Jednak nie dojechałem do końca tylko na wysokości Ochodzitej skręciłem w prawo by wyjechać tuż u podnóża szczytu.Na tym odcinku pojawił się pierwszy... śnieg :). Niestety widoczki się z deczka pochrzaniły - miałem jechać na szczyt ale przyszła taka chmura i lekka mgła, że kompletnie nie było nić widać. Zatem ruszyłem do sklepu by naładować baterie a potem już bocznymi drogami na Stecówkę.




  Teren musi być ;)


Winter ii coming ;)


Ochodzita.


Na Stecówce już zima na całego :)


Zimowo...


Jakoś, nie wiem czemu, wydawało mi się, że uphill na Stecówkę jest dość stromy... A tu poszło całkiem sprawnie ;).  Hehe od tego momentu zaczęło się lekkie śniegowanie i jazda w ciapie. Żeby było ciekawiej to co chwilę mijałem powozy konne. Przyznam się bez bicia, że podczas wymijania jestem troszkę podenerwowany - za dziecka miałem przygodę, że koń się spłoszył i zaczął kopać na boki. Ja skończyłem wtedy na płocie... Czas nieubłaganie gonił więc starałem się jechać już w miarę szybko, by dojechać przed zmrokiem  przynajmniej  do Ustronia. Dzięki bogu jechałem z wiatrem więc udało przed nocą dotrzeć do Jaworza Nałęża a  stamtąd do mieszkania był już rzut beretem :)

I tak oto udało się wykręcić pierwszą setę w 2016 roku :)





Dane wyjazdu:
38.00 km 13.00 km teren
03:04 h 12.39 km/h:
Maks. pr.:51.80 km/h
Temperatura:-5.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:825 m
Kalorie: 1310 kcal

Inauguracja Bikesezonu 2016 - LESKO

Niedziela, 17 stycznia 2016 · dodano: 03.02.2016 | Komentarze 1

Wiem... rok 2015 mam spalony mimo, że keciłem i to całkiem ciekawie. Zaległości się niestety powiększały i ciężko było już wrócić do poprzedniej formy pisania :/. W tym roku postaram się pisać w miarę na bieżąco :). A zaległości z ubiegłych "lat" wrzucać ale już tylko w formie liczb.

Zatem... Powracam :)

Inauguracja sezonu zawsze była w moim wykonaniu huczna - w zeszłym było terenowe Skrzyczne ( będzie minimalistyczny wpis ) ale tym razem było skromnie :/. Na pierwszy, noworoczny trip wymyśliłem sobie nieśmiertelny Leskowiec, górkę do której mam ogromny sentyment :). Tak akurat się złożyło, że w tym samym czasie szli na niego moi znajomi ( k4r3l, The Waldek, Paweł, Ksenia, Janek i Andrzej ) czyli nazwijmy to miejscowi plus reprezentacja bikerów z Cieszyna. Oczywiście chciałem sobie urozmaicić trasę i zamiast wjeżdżać serduszkowym wybrałem wariant zaproponowany przez k4r3la. Powiem tak: trasa kompletnie nie przetarta ale do pewnej wysokości dało się jechać a co najważniejsze sprawiało to ogromną frajdę - puszek robi robotę. Później już coś poknociłem z pierwotnym planem i zaczęło butowanie w śniegu momentami do pół piszczela :). Po wjechaniu na szlak ( czerwony z Potrójnej ) miało być lepiej.... Miało... Niestety wydeptana ścieżka było gorsza niż 20sto centymetrowy puch . Spotkaliśmy się dopiero w schronisku lecz wspólna posiadówa nie trwała za długo - piechurzy musieli się już zwijać by dotrzeć przed zmrokiem a mieli jeszcze w planach Grote Komonieckiego. Ja natomiast wbiłem się na serduszkowy i napawałem się genialnym zjazdem w puchu :). Jak na inaugurację to skromnie ale za to w doborowym towarzystwie i w prze genialnych warunkach.






Leskowiec


Foto by Ksenia aparat ;)


Kategoria Beskid Mały


Dane wyjazdu:
271.48 km 1.00 km teren
10:54 h 24.91 km/h:
Maks. pr.:67.79 km/h
Temperatura:14.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:3097 m
Kalorie: kcal

Tour de Mała Fatra 2014

Wtorek, 11 listopada 2014 · dodano: 06.08.2015 | Komentarze 3

Po dwóch dniach ciorania w terenie przyszła pora szoskę... ale nie taką lajtową :). Od pewnego czasu, jak Marek87 nawiedził Małą Fatrę, chodził mi szatański pomysł po głowie by okrążyć te piękne pasmo. Długo się zbierałem ale w końcu się udało wybrać optymalny termin - 11 listopada. W sumie pora trochę późna ale przynajmniej na Słowacji są normalnie otwarte sklepy a w PL wiadomo - wielkie święto. Miałem parę wariantów trasy ale ostatecznie wybrałem najszybszy ( hehe w końcu w listopadzie nie ma za długich dni ) i dość mocno uphilowy. Na dzień dobry Ruszyłem w stronę Ujsół ale jakoś mi się średnio kręciło - tylne koło biło. Jak się okazało, tak poprzedniego dnia dobijałem koła, że mi lekko wybuliło - źle osadziłem oponę. Po "przetoczeniu" ;) ruszyłem dalej w stronę granicy. A za nią jakaś zniżka formy. Oj nóżkami prze okropnie podawała...Do tego jeszcze bardzo lichej jakości asfalty....Ajjj morale spadły... Za Orawską Lesną zaczęło się konkretne kręcenie - wbiłem się na dość wąską drogę prowadzącą na Holę. Oj kurcze podjazd albo kiler albo te morale takie daremne w dalszym ciągu - dłużyło się to prze okropnie. Za to całe trudy zrekompensował widok na szczyty Małej Fatry - było warto :).



Gdzieś w Rajczy ;)


Przełęcz Glinka.


Uzupełnianie zapasów w Orawskiej Lesnie.


Trza opuścić główne drogi...




Troszkę historii ...


Taka tam skromna wysokość :).


No i zaczęło się - widoczki :)


Od tej chwili zaczął sięzjazd - pikny zjazd :). A ciągnął się on w zasadzie aż do Parnicy. Kurcze powiem Wam - prze pięknie tam jest. Widać, że bogate to tereny nie są ale i tak jest tam malowniczo. Od Parnicy aż do do Turanów jechałem już dość ruchliwą drogą a co najlepsze, był tem szczególny mikroklimat, bo w która stronę bym nie jechał - zawsze pod wiatr, hehe. Dało mi to trochę w kość co znacząco odbiło się na tempie ( masakra ). W Turanach, mając ju dość ruchu ulicznego odbiłem w prawo na drogę lecącą wzdłuż Krpelianskiego Kanału. Hehe na mapie wyglądała jak droga asfaltowa - no niestety był to dość dziurawy szuter. Ale w końcu od czego się ma górala na slickach - on wszędzie da radę :D.




Widokowo ;)




Malowniczy, klimatyczny odcinek tylko szkoda, że w którymkolwiek kierunku by się jechało, to pod wiatr - taki urok kotlinki :)



W Sucanach trza było zjeść bo człek już opadał z sił. Jakimś dziwnym trafem udało mi się natrafi c na pizzerie choć w dość mało ciekawej dzielnicy - cygańskiej. Ku zdziwieniu miałem lekki problem z dogadaniem się...hmnn dziwne. Po otwarciu menu oczywiście zgłupiałem... Jedyne co zrozumiałem, to że są jakieś pizze dnia - wybrałem w ciemno :). Bardzo sympatyczna kelenereczka przyniosła mi placka a tu zaskoczenie - pierwszy raz jak żyje, a "parę" wiosen już mam, zobaczyłem jajko na twardo, pięknie pokrojone w plasterki na cieście. SZOK!!! :D :D. Mimo, że pizza była dość dziwaczna to i tak smakowała dobrze. Hehe od razu power wstąpił w nogi - od tego momentu kręciło się już wybornie :). By częściowo ominąć ruchliwą drogę na Żylinę, wybrałem wariant przez Lipowiec. No niesty za długi odcinek to nie był ale przynajmniej zero aut :). Do Nezbuckiel Lucki już jechałem mega ruchliwą drogą nr E50. Powiem szczerze: odcinek prze genialny pod względem widokowym ( przepiękna trasa doliną), szybki tylko gdyby nie te TIRy i prze gigantyczny ruch. Momentami jechało się koło tirów na zapałki więc było z deczka niebezpiecznie. Ogromne wrażenie zrobił na mnie Zamek Strecno - ppo prostu coś magicznego. Nawet pofatygowałem się na niego wyjechać lecz niestety był zamkniety - hehe z lekka poza sezonem tam byłem :D. Miejscówka godna ponownego odwiedzenia! Na komórze wyczaiłem, że nie muszę jechać do Żyliny, robiąc przy okazji niezłe kółko, tylko wbiję się na pieszy most. Dość łatwo udało się go znaleźć. Teraz już na dobre opuściłem ruchliwe drogi :).



Namiastka terenu ;)




Hehe udało mi się strzelić focisza jak akurat nic nie jechało ;).


Zameczków troszkę widać w okolicy jest :)


Hrad Strecno



Klimacik był :)



W Varinie zrobiłem ostatnie tankowanie i uzupełnianie kalorii przed granicą. Pomału zostawiałem Małą Fatrę za sobą, jadąc przez większe oraz mniejsze wioski. Po drodze zaliczyłem jeszcze 3 konkretne podjazdy, które wycisnęły ze mnie ogromne ilości potu. Pierwszy, jeszcze za dnia, w Kubikowie - fajna ścianka a dwa kolejne, już po zmroku tuż przed samą granica - Kosariska i Skalite. Oczywiście nie wjeżdżałem na expresówke do Milówki tylko boczną drogą, wzdłuż S69 dojechałem do Lalików a później przez Szare do rodzinnej miejscowości braci Golców. By nie dublować w znacznym zakresie trasy, odbiłem na Przybędzę by przez Lipową, Godziszkę i Buczkowice powrócić do Bielska. Na sam koniec walnąłem sobie piwko na ZWMie ( starym rynku ) - na mapce już tego nie zaznaczałem ;).

Reasumując: piękna traska, brak prądu przez niemal połowę trasy i co najważniejsze kolejne zacne pasmo zostało okrążone a że w listopadzie wpadło niecałe 300 km. do kolekcji to już inna bajka ;)




Ostatnie widoki na Małą Fatrę.

.
Już prawie jak w domu ;)



Kategoria Międzynarodowo


Dane wyjazdu:
38.85 km 25.00 km teren
03:50 h 10.13 km/h:
Maks. pr.:44.94 km/h
Temperatura:11.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1241 m
Kalorie: 959 kcal

Trzonka, Puszcza, Żar czyli w poszukiwaniu nowych ścieżek.

Poniedziałek, 10 listopada 2014 · dodano: 13.07.2015 | Komentarze 1

Kolejny dzień długiego weekendu nie mógł być zmarnowany. Zgadliśmy się z K4r3lem na objazd okolicznych górek w poszukiwaniu nowych ścieżek. Na dzień dobry chciałem Kubie pokazać taki krótki singielek w mojej okolicy. Szkoda tylko, że był taki krótki :/. Później pokręciliśmy na Trzonkę ale nie na przełęcz tylko szczyt - hehe mało kto w sumie tam bywa a warto bo widoczek całkiem sympatyczny. Z racji, że miała być eksploracja to pokręciliśmy słabo oznaczoną drogą w stronę Wielkiej Puszczy. Zjazd może mało intrygujący ale poznaliśmy fajną polankę z jakimiś ruinami starych zabudowań gospodarczych. Widać było, że kiedyś na i pod Trzonka ostro się uprawiało ziemię a świadczyły o tym murki i stosy kamieni.  Ostatecznie zjechaliśmy na dół szerokimi, choć urokliwymi drogami zwózkowymi.



Wju ze szczytu Trzonki.


Pozostałości po dawnym "rolnictwie górskim" ;)








Ciśniem, ciśniem w dół ;)






Jako że straciliśmy wysokość trza było się znowu piąć do góry ;). Wybrałem tym razem drogę zwózkową, prowadząca na mikro pasemko między Wielką Puszczą a Kozubnikiem. Hehe oczywiście ostatnim razem zjeżdżałem tą trasą i trochę mi się pomyliło na jednym skrzyżowaniu co zaowocowało lekkim wypychem i powrotem. Suma sumarum wjechaliśmy na pasemko skąd na Żar prowadził już K4r3l. By skrócić troszkę trasę z deka butowaliśmy ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - zahaczyliśmy o stary czerwony szlak z Żaru na Kiczerę. Kurcze gdyby tylko tam ktoś posprzątał to byłby genialny singielek :). My zaś objechaliśmy zbiornik i wiura niebieskim do Kozubnika. Hehe oczywiście byłem tak pewien szlaku, że...w pewnym momencie go zgubiłem :D. No cóż...bywa :D. Podobnie jak w przypadku czerwonego szlaku - nic ino posprzątać i mamy genialny, agrafkowy singiel... A na koniec...asfalty z lekką nutką "finezji" przez Czaniec ;)  





A przed nami Kiczera...



Kategoria Beskid Mały


Dane wyjazdu:
53.87 km 17.00 km teren
03:29 h 15.47 km/h:
Maks. pr.:55.85 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1137 m
Kalorie: kcal

MTB Funio czyli ewenement w Beskidzie Małym ;)

Niedziela, 9 listopada 2014 · dodano: 09.07.2015 | Komentarze 2

Tego nie mogłem sobie odpuścić!!!! Esesman od K4r3l'a: " Funio przyjeżdża na góralu by coś pośmigać w terenie"!!! Szok, szok i jeszcze raz szok :D. Mimo, że byłem lekko sobotni, postanowiłem uczestniczyć w tym jakże WIELKIM wydarzeniu :). Gdy przyjechałem do Kuby, Tomek już był i podziwiał jego nowe cacko  - szosę :). Też se polookałem, bo jeszcze na żywca tego szosowego potwora nie widziałem. Plan na mtb był prosty - nieśmiertelny Leskowiec - bo trza pokazać jaworznickiemu szosonowi tą kultową górkę :). Jednak postanowiliśmy wpierw zaliczyć równie magiczne miejsce, a mianowicie Potrójną. Tym razem uphill na owy szczyt, nową, przeze mnie jeszcze nieznaną trasa czyli szutrówą od Rzyk Praciaków ( stoku ) . Nota bene bardzo fajny, momentami dość sztywny podjazd. Byłem mile zaskoczony tą wersją :). Klimacik dookoła był przedni a do tego towarzystwo Funia gwarantowało przednią zabawę z dużą ilością gromkiego śmiechu :).  Na górze oczywiście chwila dla fotografa i wióra czerwonym na Lesko. Ja jeszcze na chwilę odłączyłem się od chlopaków bo w Chatce na Potójnej stacjonowali moi znajomi z imprezy "Ludzie Gór dla Człowieka Gór" więc nie wypadało się choć przywitać i zamienić parę słów. Hehe później trza było gonić chłopków... Oj kręciło się wybornie. Tomek całkiem, całkiem radził sobie z beskidzkimi szlakami jak na szosona przystało. Na szczycie Leskowca zrobiliśmy sobie krótką przerwę na podziwianie widoczków a przy schronisku był już stricte popas ze złocistym napojem w tle ;). Zjazd całym czarnym odpuściliśmy Tomkowi i wybraliśmy szlak serduszkowy. Końcówka to już stricte szosa. Jeszcze po drodze zahaczyliśmy myjkę by z grubsza wyczyścić rumaki. "Smutne" pożegnanie z Funiem i trzeba było wracać na chacjendę.        



Ekipa na Potrójnej ;)


Potrójna z deka innej perspektywy ;)


:)


Funio w Rezerwacie Madohora.


Kultowy Lesko.


Antychrysty pod krzyżem ;)


Klimacik był.



Kategoria Beskid Mały


Dane wyjazdu:
19.60 km 0.00 km teren
01:10 h 16.80 km/h:
Maks. pr.:40.00 km/h
Temperatura:10.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:165 m
Kalorie: 388 kcal

Santa Muerte con Bielsko

Niedziela, 2 listopada 2014 · dodano: 21.06.2015 | Komentarze 4

Tym razem coś innego, coś w czym brałem po raz pierwszy udział czyli zmasowana, tematyczna  jazda po BB :). Pomysł wydawał się ciekawy więc postanowiłem uczestniczyć w tym jakże "śmiertelnym przedsięwzięciu" ;). Z góry wiedziałem, że nie będzie to ostra jazda a tylko przejazd ulicami Bielska lecz czasami trza się trochę uspołecznić:D . Na dzień dobry zostałem wymazany farbą i wióra na miasto. Biekerów zjechało się mnóstwo i to nie tylko z Bielska lecz nawet z Katowic i innych śląskich miast.  Planowo mieliśmy się trzymać wszyscy w kupie lecz taki peleton  ciężko okiełznać zważywszy, że...przepisów ruchu drogowego nie przestrzegaliśmy...Tak więc nagminne było przejeżdżanie na czerwonym świetle itp, oczywiście w granicach, jakkolwiek to brzmi, rozsądku ;). Impreza fajna, sporo śmiechu, sporo nowo poznanych  osób choć teraz bym ich zapewne nie rozpoznał - haha z "czystą" twarzą ma się rozumieć.

P.S. Fotony zapożyczone bo moje były kiepskiej jakości...


Zbiorowo :)





To sem ja ;)


Zarys trasy tak pi razy oko ;)



Dane wyjazdu:
53.86 km 35.00 km teren
04:47 h 11.26 km/h:
Maks. pr.:47.96 km/h
Temperatura:7.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1720 m
Kalorie: 1293 kcal

Gorczańskie klimaty :)

Niedziela, 26 października 2014 · dodano: 08.06.2015 | Komentarze 1

Przyszła pora na chwilową zmianę otoczenia, na nieco inne doznania estetyczne i nowe pasma do kolekcji :). Tym razem padło na Gorce - hehe tam mnie jeszcze nie widziano na bike'u. Poza tym trza kontynuować plan zdobycia najwyższych szczytów Beskidów :). Plan zrodził się spontanicznie, a wiadomo, że spontany są najlepsze. Zgadałem się z chłopakami: K4r3lem i Dzordziem Bajkoni ( pseudonim artystyczny jednego z naszych znajomych, który akurat przebywał na "chorobowym" ;) ) i w niedzielny, chłody poranek ruszyliśmy Cytryną na rozdziewiczenie Gorców.  W zasadzie był to ostatni dzwonek na eksploracje nowych terenów - zima była już tuż tuż.
Za miejsce startu obraliśmy się Rabkę - Zdrój, gdzie zaczynał się czerwony szlak na nasz główny cel, a mianowicie Turbacz. Wizja prawie 16-to kilometrowego podjazdu nas z deczka przerażała ale czego nie robi się dla szczytnego celu :).  Na wstępie zaczęło się wesoło i to bardzo: nasz kumpel przyodział ochraniacze (butów) własnego projektu :D. A były to po prostu grube, frotowe skarpety z wycięto dziurą na bloki :D. Widok powalał na kolana :D :D ( zdj. poniżej ). Mimo, że temperatura początkowo nie było wiele większa niż 0 st.C. kręciło się fajnie - piękne widoczki dodawały powera. Sam szlak czerwony to trudnych nie należy, w zasadzie najmocniejszy podjazd był tylko pod Maciejowąa tak to jechało się się szeroką szutrówą z elementami mikro kamerdolni. W wyższych partiacj pojawiał się już śnieg albo tony błota, które spowalniały jazdę. Pierwszą, dłuższą przerwę zrobiliśmy sobie na Starych Wierchach by uzupełnić baterie.



 Startujemy :)...Dzordzio Bajkonii i jego "ochraniacze" :D


Poranne mgiełki ;)






Foto by Dzordzio Bajkonii


Odkrycie zeszłego roku - wafel z młodzieńczych lat :)


Po popasie trza było dalej zdobywać metry w pionie. Po przejechaniu może kilometra ukazał nam się bajeczny widok - mleko w dolinie a u góry niebieściutkie niebo - po prostu coś pięknego ( zdj. poniżej ). Dla takich widoczków warto ciorać w zimnie i błocie :). Oczywiście komórczany aparat nie oddaje pełni ale zawsze coś widać. Czym wyżej jechaliśmy tym więcej pojawiało się śniegu. W pewnym momencie na szlaku, po prawej stronie pojawił się genialny, kręty singiel ale śliskie podłoże znacząco utrudniało przejechanie go na siodle. Szkoda ale...jest motywacja by powrócić :). W końcu dotarliśmy do Schroniska na Turbaczu, a tam ukazał się na przepiękny wju na Tatry. Z racji, że byliśmy na półmetku tripu, trzeba było wchłonąć jakiś obiad, a że okoliczności przyrodnicze były wspaniałe nie omieszkaliśmy zjeść, oczywiście żurku, na świeżym powietrzu z widokiem na najwyższe góry Polski.




Jest szał ;)   


A w oddali... Babiczka :)




Tak to można spożywać obiad :)




Wju z Długiej Hali rozwalił system całkowicie - cala panorama Tatr :)


Zbioróweczka.


Po popasie spożywczym przyszła pora na estetyczny a mianowicie zjechaliśmy na Długą Halę by tam nacieszyć oczy pełną panoramą Tatr. Widok przepiękny - udało nam się idealnie trafić z pogodą :). Hehe o mały włos ominęlibyśmy główny cel  - szczyt Turbacza. By tam dojechać zaliczyliśmy pierwsze w tym roku śniegowanie. Oj fan był niezły. Krótka sesja foto i trza było wracać. Na powrót wybraliśmy żółty, czarny a następnie zielony szlak na...Stare Wierchy.  Szlaki w zasadzie mało ciekawe ale zawsze się jechało inną trasą. Zielony nas ostro rozgrzał, gdyż podjazdy tam były zacne :). Pucha si e cieszyła. Za schroniskiem wbiliśmy się na żółty szlak, który miał nas doprowadzić do czerwonej rowerówki. Ale jak to Polszy bywa, trasy rowerowe są słabo oznaczone więc...przejechaliśmy skręt. By do końca nie wracać asfaltami, skręciliśmy na niebieski szlak, tym razem pieszy :D. Co jak co ale szlak, przynajmniej widokowo całkiem, całkiem i do tego z dość mocnym podjazdem :). Udało nam się jeszcze załapać na zachód słońca - chyba jeden z piękniejszych w zeszłym roku. Żeby nie było tak kolorowo, słitaśnie itp to mieliśmy jeszcze bliskie spotkanie 3-go stopnia z miejscowym bacą ( nota bene lekko wstawionym ), który chciał nam wpitolić za jazdę po jego miedzy. Suma sumarum obyło się bez szkód ale wyglądało groźnie... :).
Do Rabki wjechaliśmy tuż przed zmrokiem.
Reasumując: genialny trip w doborowym towrzystwie. Mimo że warun był ciężki to widoki rekompensowały niedogodności. Dzięki chłopy za  wspólne kręcenie, za kupę śmiechu i do następnego :)

P.S. Jednak mam mały niedosyt kilometrowy więc jeszcze tam wrócimy :)



Turbacz odhaczony :).














Pora wracać :(
Kategoria Gorce


Dane wyjazdu:
81.82 km 0.00 km teren
03:04 h 26.68 km/h:
Maks. pr.:64.55 km/h
Temperatura:14.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:968 m
Kalorie: 2632 kcal

Szosing wieczorową porą

Wtorek, 21 października 2014 · dodano: 07.06.2015 | Komentarze 3

A tak jakoś mnie po robocie wzięło na kręcenie...:). W zasadzie to chciałem przetestować nowy nabytek czyli przednią lampkę :). Z racji, że slicki już miałem założone, padło na szosę. A że jakieś metry w pionie musiały być, wybrałem Salmopol. Oczywiście jak wyjeżdżałem to temperatura była w granicach 15 stopni C. więc ubrałem się się na letniaka...W Szczyrku było już 10 a czym bliżej Salmopolu tym chłodniej. Na przełęczy już tylko 6,5 st.C. Jednak kręcąc pod gorę chodu jakoś się zbytnio nie odczuwało - nóżka podawała jak należy :). A sama lampka? Bomba!!! Przy takim oświetleniu to można jeździć - na ful mocy jak w dzień :). Na przełęczy szybka decyzja - jadę do Wisły :). Oj przypizgało mi na zjeździe nieźle...Trza było ostro przez Wisłę kręcić by się rozgrzać :). W Ustroniu temperatura podskoczyła już do 12 st.C więc było znośnie. Wyjątkowo nie pokręciłem w stronę Górek lecz na Skoczów - chciałem sprawdzić czy da się jakoś przejechać omijając 2-pas. Nawet się całkiem udało lecz z 500 metrów trza było jechać dwupasmówką. Hehe dzięki bogu ruch był znikomy. Szybki przejazd przez Skoczów i wióra starą drogą na Bielsko.







Ustroń nocą :)



Route 3 076 252 - powered by www.bikemap.net


Dane wyjazdu:
212.75 km 0.00 km teren
08:26 h 25.23 km/h:
Maks. pr.:70.13 km/h
Temperatura:17.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2326 m
Kalorie: kcal

Tour de Babia - Koszarawa Edition 2014

Niedziela, 19 października 2014 · dodano: 20.10.2014 | Komentarze 7

Teraz to już przegiąłem na maxa - wrzucam wpisa nie zachowując chronologii...A wszystko to przez chłopaków...bo strasznie prosili :D.

W końcu przyszła pora na wspólny trip z ekipą rybnicko-jaworznicko-andrychowską :). Co prawda już jeden taki w tym roku był ale niedosyt pozostał. Tym razem na życzenie Gustava, któremu brakowało jednej gminy - Koszarawy - do zaliczenia całego województwa śląskiego. Pomysł tego tripu narodził się już wcześniej ale jakoś ciężko było się zebrać całej, albo chociaż części , ekipy Tour de Babia - Zakopane Ediotion 2013. W końcu się udało. Ba powiem więcej - to był mega spontan ponieważ decyzja zapadła w piątek a w niedzielę już kręciliśmy :). Skład był zdecydowanie okrojony w porównaniu z zeszłorocznym tripem tj. zgłosili się K4r3l, Funio i oczywiście prowodyr - Gustav. Zgadaliśmy się w Żywcu na godzinę 9. Z racji, że aktualnie stacjonuję w Bielsku umówiłem się z Gustavem - Rybnickim Terminatorem ;) -  na 8 pod Hotelem Magura w B-B. Jednak coś mu google źle pokazały i wylądował na granicy stolicy Podbeskidzia i Wilkowic. Żeby było śmieszniej to mi się też zdeka popieprzyło i zamiast jechać na spotkanie Żywiecką jechałem...Bystrzańską czyli drogą równoległą :D :D . Oj to są skutki abstynenckiej soboty :D :D. W końcu się udało spotkać i ruszyliśmy na spotkanie z K4r3lem, gdyż Funio postanowił pokrzyżować nam nieco plany i jechać na Krowiarki...Do Żywca kręciło się fajnie, średni ruch i cudnie wyglądająca mgła u podnóża Beskidu Małego. W Żywcu uzupełniliśmy zapasy w Kauflandzie i ruszyliśmy w stronę naszego celu a mianowicie ostatniej niezaliczonej gminy Gustava - Koszarawy. Tempo - hmnn spokojne...w końcu dawno się nie widzieliśmy więc było o czym gadać :). W Koszarawie szybki telefon do Funia w celu zlokalizowania jego osoby i już nieco szybszym tempem pokręciliśmy w stronę Stryszawy, gdzie miało nastąpić spotkanie.




Jest i ON - Rybnicki Terminator :)



Poranek w Żywcu.



Park maszynowy pod Kaufem ;)


Cel osiągnięty ale czy na pewno ten???


Kupa śmiechu i mnóstwo pozytywnych złośliwości czyli oficjalne powitanie Funia :D. Po tych jakże miłych chwilach ruszyliśmy na pierwszy konkretniejszy podjazd a mianowicie na Przełęcz Przysłop. Poszła gładko choć po tak długiej przerwie bez bike'a troszkę się zasapałem :D :D. Zjazd...hmnnn w moim przypadku nie może być inny a niżeli ile fabryka dała :). Po wjechaniu do Zawoi powoli
zaczęliśmy odczuwać mało motywujący "wmordęwind". Przed Krowiarkami trza było uzupełnić jeszcze zapasy bo bóg wie jakie będziemy mieć dalsze plany... :D ;D. Oj ta Pani sklepikarka....ajjjj...;). Chyba się będę tam częściej zaopatrywał :D. Przyznam się, że jeszcze nigdy nie podjeżdżałem na Krowiarki od strony Zawoi - zawsze, czyli już paru krotnie, od strony Zubrzycy. Jako że był to mój debiut nie mogło się obyć bez przygód...Dzięki bogu nie moich - Funiowi szczeliła szprycha..hmnnn dziwne bo na totalnie gładkim odcinku :/. A na Krowiarkach?? Ścisk niesamowity, ludzi jak mrówek. Udało nam się znaleźć wolną ławkę i przyszła pora na...konsumpcje świeżo co zakupionych oscypków u już jakże popularnej i lubianej Złotowłosej Oscypiarki :). Oj jak te dziewce gadało gwarą...Ajjjj ;). Po spożyciu przyszła pora na wyznaczenie dalszej trasy. W zasadzie były 3 opcje: wracać tą samą drogą ale to był z góry spalony pomysł; zjechać z Krowiarek i atakować Przełęcz Zubrzycką ale trza by było śmigać mega ruchliwą drogą do Makowa; trzecia - ostatnia - wracać przez Słowację. Szybka kalkulacja czasu i padło na najbardziej zwariowaną, czyli ostatnia :).




Gdzieś w Zawoi .


Pasmo Policy nieco zachmurzone...


Hehe miał być spontan...mnie nie wyszło :D



I to był strzał w 10-kę!!! Zaraz po wyjechaniu z lasu ukazały nam się Tatry. Widok tak piękny, że zrezygnowaliśmy ze zjazdu na rzecz fotek :). W zasadzie Taterki towarzyszyły nam aż do Bobrova na Słowacji ( ok. 25 km.). Jednak tak kolorowo do końca nie było bo w momencie ukazania się najwyższych gór Polski, zaczęło pioruńsko wiać i to cały czas w twarz. Oj sporo się przez to sił straciło ale przynajmniej nie poszło to na marne a w nogi ;). Dopiero gdzieś w okolicach Zubrohlava poczuliśmy wiatr w plecy co zaowocowało niezłą średnią. Morale wzrosły i nóżka od razu lepiej podawała :). W Glinnem zrobiliśmy sobie ostatnią wspólną przerwę na uzupełnienie kalorii. Jak zawsze kupa śmiechu i ostrych żarcików, hehe nie koniecznie skierowanych do nas samych - biednej kobiecinie sprzedającej miody się zdeczka dostało ;). Za Glinnym w stronę Żywca też się nie oszczędzaliśmy - średnia grubo ponad 35 km/h.




Pierwszy "wiuu" na Taterki :)






Ci co byli wówczas na Babiczce za piknych widoków nie mieli...




Ultrakolarz czyli Rybnicki Terminator Gustav :)


Piękna prostka...szkoda, że pod wiatr...


Tatry, łowiecki czyli jest piknie ;)


Ostatni popas...



W Żywcu przyszedł czas pożegnań - Funio z K4r3lem pokręcili na Tresną a ja z Gustavem do Bielska. Strasznie żałowałem, że nie zabrałem ze sobą przedniej lampki bo można było śmiało jechać wspólnie do Międzybrodzia, gdzie odbilibyśmy z Sebą na Przegibek.
Jednak kto się spodziewał takiej trasy...:D .Planowałem nie jechać główną droga, gdyż spodziewałem się dużego ruchu. Ruchu nie było, był gigantyczny korek, który nam jak najbardziej sprzyjał - samochody stały a my jechaliśmy :). W Bielsku Gustav zakupił ostatnie jedzenie, ja skoczyłem na mieszkanie po lampkę i ruszyliśmy w stronę Jaworza - hehe chciałem dokręcić do 2-stu a przy okazji kawałek odprowadzić Sebę :). Oj nóżka mi wtedy słabo podawała, brak było paliwa albo jak to nazywa Gustav "wyngla" :D. W Jaworzu się pożegnaliśmy a ja żeby nie wracać tą samą drogą pojechałem przez Jaworze Nałęże i centrum . Hehe zawsze to coś innego i parę metrów w pionie :D. Jak tradycja nakazywała trza było jeszcze zaliczyć bielską promenadę i stary rynek, gdzie nie omieszkałem wszamać kebaba, gdyż cały dzień byłem na suchym prowiancie :).

I tak oto tym sposobem miał być wspólny, krótki wypad członków TdB - ZE a wyszło Tour de Babia :).
Mega spontan - mega fun - mega ekipa - mega trip. Dzięki chłopaki za super spędzony czas i ...te skromne 200 kilometrów. Do następnego!!!! :)


Route 2 833 571 - powered by www.bikemap.net