Info
Więcej o mnie.
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Październik9 - 0
- 2026, Wrzesień17 - 0
- 2026, Sierpień16 - 0
- 2026, Lipiec17 - 0
- 2026, Czerwiec11 - 0
- 2026, Maj22 - 0
- 2026, Kwiecień21 - 0
- 2026, Marzec14 - 0
- 2026, Luty8 - 0
- 2026, Styczeń10 - 0
- 2025, Grudzień14 - 0
- 2025, Listopad15 - 0
- 2025, Październik15 - 0
- 2025, Wrzesień18 - 0
- 2025, Sierpień19 - 0
- 2025, Lipiec16 - 0
- 2025, Czerwiec22 - 0
- 2025, Maj19 - 0
- 2025, Kwiecień19 - 0
- 2025, Marzec16 - 0
- 2025, Luty10 - 0
- 2025, Styczeń11 - 0
- 2024, Grudzień15 - 0
- 2024, Listopad14 - 0
- 2024, Październik15 - 0
- 2024, Wrzesień15 - 0
- 2024, Sierpień28 - 0
- 2024, Lipiec19 - 0
- 2024, Czerwiec16 - 0
- 2024, Maj21 - 0
- 2024, Kwiecień17 - 0
- 2024, Marzec17 - 0
- 2024, Luty12 - 0
- 2024, Styczeń17 - 0
- 2023, Grudzień13 - 0
- 2023, Listopad9 - 0
- 2023, Październik16 - 0
- 2023, Wrzesień10 - 0
- 2023, Sierpień15 - 0
- 2023, Lipiec16 - 0
- 2023, Czerwiec15 - 0
- 2023, Maj18 - 0
- 2023, Kwiecień13 - 0
- 2023, Marzec14 - 0
- 2023, Luty13 - 0
- 2023, Styczeń11 - 0
- 2022, Grudzień10 - 0
- 2022, Listopad6 - 0
- 2022, Październik15 - 0
- 2022, Wrzesień9 - 0
- 2022, Sierpień21 - 0
- 2022, Lipiec19 - 0
- 2022, Czerwiec21 - 0
- 2022, Maj29 - 0
- 2022, Kwiecień23 - 0
- 2022, Marzec31 - 0
- 2022, Luty8 - 0
- 2022, Styczeń11 - 0
- 2021, Grudzień15 - 0
- 2021, Listopad4 - 0
- 2021, Październik28 - 0
- 2021, Wrzesień18 - 0
- 2021, Sierpień22 - 0
- 2021, Lipiec30 - 0
- 2021, Czerwiec24 - 0
- 2021, Maj23 - 0
- 2021, Kwiecień25 - 0
- 2021, Marzec26 - 0
- 2021, Luty16 - 0
- 2021, Styczeń8 - 0
- 2020, Grudzień10 - 0
- 2020, Listopad6 - 0
- 2020, Październik23 - 0
- 2020, Wrzesień22 - 0
- 2020, Sierpień20 - 0
- 2020, Lipiec42 - 0
- 2020, Czerwiec25 - 0
- 2020, Maj19 - 0
- 2020, Kwiecień41 - 0
- 2020, Marzec25 - 0
- 2020, Luty16 - 0
- 2020, Styczeń24 - 0
- 2019, Grudzień17 - 0
- 2019, Listopad18 - 0
- 2019, Październik23 - 0
- 2019, Wrzesień16 - 0
- 2019, Sierpień6 - 0
- 2019, Lipiec5 - 0
- 2016, Marzec2 - 2
- 2016, Luty5 - 8
- 2016, Styczeń2 - 6
- 2014, Listopad4 - 10
- 2014, Październik5 - 14
- 2014, Wrzesień5 - 5
- 2014, Sierpień13 - 28
- 2014, Lipiec9 - 15
- 2014, Czerwiec13 - 34
- 2014, Maj13 - 29
- 2014, Kwiecień6 - 10
- 2014, Marzec9 - 19
- 2014, Luty8 - 15
- 2014, Styczeń7 - 24
- 2013, Grudzień8 - 16
- 2013, Listopad3 - 8
- 2013, Październik11 - 26
- 2013, Wrzesień7 - 10
- 2013, Sierpień9 - 18
- 2013, Lipiec8 - 26
- 2013, Czerwiec9 - 31
- 2013, Maj8 - 22
- 2013, Kwiecień9 - 41
- 2013, Marzec7 - 26
- 2013, Luty5 - 31
- 2013, Styczeń5 - 51
- 2012, Grudzień5 - 20
- 2012, Listopad7 - 20
- 2012, Październik6 - 31
- 2012, Wrzesień5 - 29
- 2012, Sierpień7 - 31
- 2012, Lipiec3 - 8
- 2012, Czerwiec5 - 12
- 2012, Maj4 - 13
- 2012, Kwiecień2 - 6
- 2012, Marzec2 - 2
- 2012, Luty2 - 8
- 2011, Grudzień4 - 8
- 2011, Listopad1 - 3
- 2011, Sierpień2 - 9
- 2011, Czerwiec2 - 4
- 2011, Maj1 - 0
- 2011, Kwiecień1 - 1
- 2011, Marzec1 - 2
- 2011, Styczeń1 - 0
- 2010, Grudzień1 - 0
- 2010, Listopad1 - 0
Dane wyjazdu:
154.08 km
2.00 km teren
06:48 h
22.66 km/h:
Maks. pr.:72.00 km/h
Temperatura:35.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1700 m
Kalorie: kcal
RiversideTour - PL/SK/CZ
Wtorek, 3 lipca 2012 · dodano: 11.07.2012 | Komentarze 3
Pierwszy taki wypad w moim życiu. Po pierwsze zaliczyłem 3 kraje podczas jednego tripu (Polskę, Słowację i Republikę Czeską), po drugie - towarzyszyła mi tylko muzyka jednego wykonawcy (cała dyskografia Riverside )i po trzecie - nowy rekord dystansu dziennego :), a wszystko to w ramach przygotowań do Dream Babia Góra Tour 2012. Założenie tripu było proste, a mianowicie dostanie się na tzw. Trójstyk granic Pl/CZ/Sk, wjazd na terytorium Słowacji, a później przez Czechy do Cieszyna i to wszystko asfaltowymi drogami. Powiem tak, wyznaczenie trasy nie należało do wybitnie prostych czynności, bowiem największy problem stanowiły Czechy, a dokładnie kiepska sieć dróg. Ale dokładnie poniżej :).A tu mała dygresja :) : PLAYLISTĘ skomponowałem tak aby piosenki leciały chronologicznie tzn. zacząłem od pierwszego albumu "Out Of Myself", a zakończyłem na epce "Memories In My Head". Oczywiście była to prawie cała dyskografia (nie miałem tylko pierwszej "płyty" zwanej po prostu "Riverside", gdyż utwory z tej płyty znajdują się na oficjalnie pierwszej studyjnej płycie "Out Of Myself" ). Playlista obejmowała również wszystkie single i płyty koncertowe czyli w sumie jakieś 8 godzin 14 minut i 31 sekund :).
Od tego kawałka rozpocząłem trip.
Polska część RT.
Cel - Trójstyk!!!
Jak się tam dostałem z Bielska?? Banalnie :D. Wpierw kierowałem się na Szczyrk by, tym razem klasycznie, wjechać na Przełęcz Salmopolską, później zjechałem do Wisły Czerne, wdrapałem się na Przełęcz Kubalonkę, zjechałem do Istebnej i przez Jaworzynkę dostałem się do celu.
Nie powiem ale upał (35 st.C. w cieniu) dawał się we znaki. Wjazd na Salmopol i Kubalonkę delikatnie mówiąc - zmęczył mnie :). Wylałem z siebie niesamowite ilości wody. W szczególności Salmopol dał mi popalić. Może dlatego, że dopiero się "rozkręcałem" :). Kubalonka- no cóż, tym razem inaczej bo wjechałem na nią od strony Jeziora Czerniańskiego. Bardzo fajny podjazd, rzekłbym nawet chyba ciekawszy niż klasycznie od Wisły ale to już kwestia gustu. Fajna wąska droga, zerowy ruch i sporo atrakcji (zamek Prezydenta RP). Dalsza część trasy (polska część) to już uczta dla oczu. Tereny Istebnej, Jaworzynki są po prostu przepiękne.. Śmiem nawet twierdzić, że widokowo był to najlepszy odcinek z pośród tych 154 kilometrów.

W Szczyrku natrafiłem na zgrupowanie młodych rumuńskich skoczków.

Jezioro Czerniańskie.

Tuż pod zamkiem prezydenckim.


Trochę historii - pomnik Pawła Stelmacha - przywódcy polskiego odrodzenia narodowego na Śląsku Cieszyńskim w XIX wieku (Istebna).

Pomnik bohaterów poległych w walkach o wolność w latach 1939-45 (Istebna).




Tróstyk granic - spodziewałem się górki, a była dolinka :).

Słowacka część RT.
No cóż mogę powiedzieć?? Na pewno najkrótszy odcinek, widokowo kiepściutki, ale zaliczyłem kilometr terenu. Powiem więcej - dzikiego terenu :). Jechałem szlakiem zielonym wpierw ścieżką, później drogą by zakończyć w wodzie :) [drogą płynęła rzeczka]. Dalszy odcinek spędziłem na podpatrywaniu życia codziennego miejscowych Słowaków.

Miejscowość Svrčinovec.
Czeska część RT.
Jak już wcześniej wspominałem wyznaczenie trasy przez Czechy nie było za łatwe. Powodem byłą kiepska sieć dróg. Zaraz za granicą słowacko-czeską rozpoczynała się autostrada. Jedynym sposobem jej ominięcia była przeprawa przez góry, ale to nie wchodziło w rachubę bo, albo bym nadrobił mnóstwo kilometrów, albo musiałbym skrócić i to znacznie część słowacką. Zatem wybrałem wersję autostradową. Dzięki bogu musiałem przejechać autostradą tylko 300 metrów by wbić się na zjazd na miejscowość Mosty u Jablunkova. Ufff gdyby czeska policja mnie zgarnęła to by były jaja :D. Dalej, bo aż do Jablunkova śmigałem w spokoju droga, która nota bene była bardzo przyjemna, gdyby nie ten upał. Po drodze mijałem basem i aż chciało się wskoczyć ale czas gonił :(. Za Jablunkovem zaczęła się najgorsza część całego tripu - mega ruchliwa droga, która prowadziła aż do Czeskiego Cieszyna. No niestety nie dało się jej ominąć bo nadrobił bym mnóstwo kilometrów. W Trzyńcu (Třinec) zrobiłem sobie krótką przerwę i ruszyłem dalej.

hehe.


Třinec.

Huta żelaza w Trzyńcu.

Polska część RT.
W Cieszynie zrobiłem sobie przerwę na "obiad" (kebab) i ruszyłem w stronę Bielska przez Goleszów, Górki Wielkie/Małe, Jaworze. Gdzieś w Goleszowie załamała się pogoda i słońce przerodziło się w deszcz i burzę. Oj potrzebna mi była taka pogoda - niesamowite orzeźwienie na sam koniec.

Tą jakże morderczą wyprawę podsumowałem szklaneczką Whisky'acza z colą w Rock Galerii na starym rynku w B-B :).
Kategoria Beskid Śląski, Międzynarodowo
Dane wyjazdu:
56.92 km
42.00 km teren
05:00 h
11.38 km/h:
Maks. pr.:65.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1740 m
Kalorie: kcal
Pechowe Czechy.
Wtorek, 26 czerwca 2012 · dodano: 04.07.2012 | Komentarze 8
Tym razem trochę inaczej niż zawsze :). Po pierwsze nie był to samotny trip, ale z Ludwikonem; po drugie - nie rozpocząłem trasy z pod mieszkania, ale dojechaliśmy sobie autem do Ustronia skąd rozpoczęliśmy trip. Dlaczego z Ustronia? Powód banalny - ograniczony czas na wypad. Oczywiście żeby było zabawnie to na dzień dobry musieliśmy zmienić początek trasy gdyż mapa zbytnio nie zgadzała się z rzeczywistością - tam gdzie miała być droga i szlak tam był teren prywatny ogrodzony płotem :D. No nic, lekka korekta trasy i siedliśmy na bike'i i ruszyliśmy żółtym szlakiem (wpierw pieszym, a później rowerowym) w stronę granicy polsko-czeskiej (Cisownica-Nydek). Nota bene owy szlak rowerowy miał być, jak to było opisane, ciężki :). No może dla szosówki :D :D. Następnie wbiliśmy się na czerwony szlak by dostać się pod Wielką Czantorię. Trasa bajka - mnóstwo singiel track'ów. My niestety jechaliśmy pod górę, ale w dół była by kosmiczna ekstaza. Ostatnie 500 metrów było już tak strome, że trzeba było prowadzić bike'i.

Szkoda, że nie wracaliśmy tą trasą :(
Na Wielką Czantorię wyjechaliśmy niebieskim szlakiem (fajna szeroka droga). Niestety na szczycie nie siedzieliśmy długo bo wiał zimny wiatr, a ja oczywiście byłem w krótkim rękawku (na dole było 20 st. więc nie widziałem sensu zakładania czegoś cieplejszego ) :).


Z Czantorii ruszyliśmy wzdłuż granicy w stronę Wielkiego Stożka. Bardzo fajna trasa ze sporą ilością wymagających podjazdów i ciekawych zjazdów. Niestety jest to szlak dość mocno uczęszczany przez turystów stąd trzeba było uważać na downhill'ach, żeby nikogo nie potrącić. A co najważniejsze - te widoki na Beskid Śląski- genialne :).

Soszów Wielki.


To sem ja :).
Na Wielkim Stożku mała przerwa, podczas której nastąpiła mała zmiana planów co do dalszej podróży. Mianowicie pierwotnie mieliśmy zjechać do Istebnej, przekroczyć granice z Czechami by z powrotem wbić się na czerwony szlak, którym to zaczynaliśmy przygodę w czeskiej krainie :). Ale wybraliśmy wersję inną. Co prawda zjechaliśmy do Istebnej (żółty szlak) ale granicę przekroczyliśmy w zupełnie innym miejscu, rzekłbym nawet trochę nielegalnie i ruszyliśmy asfaltem w stronę Jablunkov'a. W końcu trzeba poznać choć trochę życie codzienne i kulturę Czechów :D.


A tu już widoczek z powyższych skał.


Nazwijmy to lekko nielegalne przekroczenie granicy :D.

Jablunkov.
W Jablunkov'ie przerwa na "małe co nieco" (Radegast) i dalej ruszyliśmy w trasę, wpierw niebieskim szlakiem, później żółtym by docelowo wbić się na czerwony (owy pierwotny). Na Filipce czekał na nas mały singielek, co prawda z deczka zarośnięty ale i tak fajny. A później???? To już tylko bajka :) Genialny, mega szybki zjazd do Nydka (Nýdek). Początkowo szeroka,kręta, szutrowa droga (Vmax 60km/h), a później równie szybka, kręta, ale tym razem asfaltowa droga (Vmax 65km/h.) No niestety na dole złapałem kapcia :(. Jak się okazało dętki nie dało się skleić, gdyż wentyl był uszkodzony więc wykorzystałem zapasową gumę. W zasadzie chciałem wykorzystać :(. Jak się okazało zapasowa miała 6 dziur a ja miałem tylko 3 łatki. OJ spędziłem tam mnóstwo czasu na szukaniu dziur i ich łataniu. Dzięki pomocy Ludwikona, który specjalnie się cofał, żeby mi pomóc, i mieszkańca Nydka udało mi się załatać dziury (WIELKIE DZIĘKI CHŁOPIE ZA ŁATKĘ). A skąd się wzięło tyle dziur?? Już tłumaczę. Ową pechową dętkę zapewne miałem źle pozwijaną w sakwie podsiodłowej i kiedy ją otwierałem widocznie za każdym razem musiałem ją przecinać zamkiem. Mam nauczkę na przyszłość!!!!! Niby wszystko było by pęknie, ale jak pech to pech!!! Ujechałem może 300 metrów i co??? Znowu flaka!!!! Oj jaki byłem wkur..ny!!!! Do granicy brakowało mi może 3 kilometry plus jakieś 2 do samochodu. No nic rower na ramię i w wielkiej wkurwie szedłem do granicy. Po drodze spotkałem Czecha, który zaoferował mi podrzucenie ale niestety w przeciwnym kierunku. W miedzy czasie jak ja niosłem rower Ludwikon pojechał po auto by ostatecznie ściągnąć mnie z granicy w Cisownicy. Można by rzec, że miało być tak pięknie, a skończyło się wiadomo jak.
Kategoria Beskid Śląski, Międzynarodowo
Dane wyjazdu:
60.09 km
1.00 km teren
02:30 h
24.04 km/h:
Maks. pr.:55.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:300 m
Kalorie: kcal
Wieczorowo asfaltowo.
Środa, 20 czerwca 2012 · dodano: 25.06.2012 | Komentarze 1
Po niedzielnym pedałowaniu doszedłem do wniosku, że jazda w upale nie jest ani zdrowa ( chwyciło mi gardło ), ani nawet super przyjemna. Zatem trip rozpocząłem późno bo o godzinie 18.Od dawna korciło mnie żeby odwiedzić Czechowice-Dziedzice ale zawsze jakoś nie było po drodze. W końcu wykorzystałem wolny wieczór i ruszyłem w kierunku Janowic by docelowo dostać się do Czechowic. Trasa bardzo przyjemna - znikomy ruch i stosunkowo płasko więc można było trochę przycisnąć mocniej na pedała :).

Pomnik Braterstwa Broni z czasów PRL.

To chyba jest centrum miasteczka.
W centrum krótka chwila na opracowanie dalszej trasy i uzupełnienie płynów. Miałem pomysł aby ruszyć w stronę Pszczyny ale z braku dobrej mapy (korzystałem z map google na telefonie) stwierdziłem, że po raz enty odwiedzę zaporę na Zbiorniku Goczałkowickim.

Kiedyś kumpel wspominał mi o jakiś fajnych ścieżkach/drogach biegnących z zapory w stronę Bielska - zatem trzeba było to sprawdzić :). Satelitarny widok okolicy pokazywał, że od zapory biegną jakieś ścieżki przez las w stronę Bronowa, zatem ruszyłem w ciemno :). Wpierw dotarłem do wielkiego torowiska i tam zgłupiałem na moment. Narodziło się pytanie jak przedostać się na drugą stronę?? Na pierwszy rzut oka nie było żadnego przejazdu ale po chwili plątaniny znalazłem wąski tunel i nim przedostałem się na drugą stronę :). Później przez las jechałem jak się nie mylę niebieskim szlakiem rowerowym. Po wyjechaniu z niego musiałem się odnaleźć na mapie. Dzięki bogu mam telefon z GPS'em więc ułatwiło mi to znacznie orientację w terenie. Ruszyłem dalej w stronę Międzyrzecza. Oczywiście nie obyło się bez pomyłek i niestety musiałem trochę skorygować trasę :).

A w środku lasu... stacja PKP.


Fragment niebieskiego szlaku rowerowego.
Z Międzyrzecza Górnego ruszyłem w stronę Jasienicy. Nota bene jest tam jeden bardzo fajny podjazd :). W Jasienicy krótka wizyta u siostry i dalej ruszyłem standardowo ul. cieszyńską do Bielska.
Trip podsumowany oczywiście piwkiem w moim stały lokalu.

Gdzieś przed Jasienicą.
Kategoria CO do zasady asfalt
Dane wyjazdu:
74.21 km
0.50 km teren
03:00 h
24.74 km/h:
Maks. pr.:64.00 km/h
Temperatura:31.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:720 m
Kalorie: kcal
Kacowa plątanina na raty.
Niedziela, 17 czerwca 2012 · dodano: 25.06.2012 | Komentarze 2
Kacowa??? Już tłumaczę :). Każdy wie zapewne co działo się 16 czerwca ok. godziny 21 - Reprezentacja Polski grała z Czechami!!. Od początku wiedziałem, że szans na wygranie tego meczu nie mamy. Optymistycznie przewidywałem remis 1:1. No cóż, każdy widział ten mecz i wie jak to wyglądało. Po prostu żenada!!!! No może pierwsze 15 minut było ciekawe bo później to już tylko była typowa gra naszej reprezentacji... Zatem dlaczego kacowa??? Otóż smutki po porażce i nie zakwalifikowaniu się dalej trzeba było zapić :).Rano wstałem i co??? Mega KAC!!!! A na kaca najlepsza jest....najlepszy jest rower :). Zatem siadłem na Authora i pojechałem do rodziców na niedzielny obiadek :). Skwar na zewnątrz był nieziemski ale przynajmniej szybko pozbyłem się toksyn z organizmu. Gdzieś przed kopcem w Lipniku zauważyłem jadącego kolarza. Był może przede mną 200 metrów. Zacząłem pościg :). Dogoniłem go dopiero w centrum Kóz. Nie powiem łatwo nie było - jego szosówka kontra mój rower na "typowo szosowych" ;) 26/2.1 cala :D. Do ronda w Kobiernicach na przemian się wyprzedzaliśmy - taki mały pokaz sił :D. Później nastąpiła część zapoznawcza, krótka rozmowa i każdy ruszył w swoją stronę - ja na Czaniec, a on na Kęty.
Jazda w takiej temperaturze i w takim tempie (28km/h) jest strasznie wyczerpująca. Na ostatnich metrach miałem już oznaki przegrzania organizmu - zaczęło mi być po prostu zimno, a na zewnątrz w słońcu było grubo ponad 30 st.
Po obiedzie przyszedł czas na relaks, ale tym razem nie na bike'u ale na ogrodowej huśtawce. W pewnym momencie załapałem straszne smaki na...loda włoskiego. A gdzie są najlepsze????? Wiadomo, że w Andrychowie koło parku :). Zatem siadłem i ruszyłem. Żeby nie było drogę powrotną trzeba było sobie urozmaicić i wracałem przez tzw. Morgę.

Basen w Andrychowie. Oj chciało się wskoczyć na chwilkę :).
I znowu relaks u rodziców po to by za chwilę ruszyć w stronę Bielska. Oczywiście powrotna droga tą samą trasą nie wchodziła w rachubę zatem skierowałem się na Międzybrodzie Bialskie by wjechać na Przegibek, a później zjechać do B-B.
Zwyczajowo trasę zakończyłem piwkiem w Grawitacji :)
Kategoria CO do zasady asfalt
Dane wyjazdu:
44.30 km
17.00 km teren
03:00 h
14.77 km/h:
Maks. pr.:64.00 km/h
Temperatura:19.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:810 m
Kalorie: kcal
Deszczowa Błatnia
Wtorek, 12 czerwca 2012 · dodano: 14.06.2012 | Komentarze 0
Tym razem autorem trasy nie byłem ja. Kiedyś tam, podczas spożycia złocistego napoju i wspólnego oglądania meczu z Ludwikonem padł pomysł na jakąś krótką trasę po okolicy. Termin wyznaczyliśmy sobie na wtorek 12-go czerwca. Prognozy na owy tydzień nie były za dobre więc szczerze mówiąc sobie odpuściłem. Jednak w poniedziałek Ludwikon stwierdził, że pogoda powinna być w miarę więc można by coś popedałować we wtorek. Ustawkę zrobiliśmy przed Gemmini o 12. Dołączył jeszcze do nas kumpel Ludwikona - Tomek - i ruszyliśmy na Błatnią. Pogoda nie zapowiadała się najlepiej - po przejechaniu może kilometra puściła się z nieba mżawka i towarzyszyła nam przez połowę tripu. Atak na Błatnią zaczęliśmy od wyjechania na Szyndzielnię, a później już szlakiem w stronę miejsca docelowego.
Tuż przed Szyndzielnią.

Widok na Bielsko.
Na Błatnią z Szyndzielni jechaliśmy już żółtym szlakiem. Bardzo fajna trasa ,szczególnie jak jest mokro :). Po drodze mijaliśmy sporą rzeszę turystów ( 2 wycieczki szkolne). Dziwne, że ich pogoda nie zniechęciła :D. Oczywiście nie obyło się bez niespodzianek. Mowa tu oczywiście złapaniu gum :). Na pierwszy ogień poszedłem ja - "flaka" z przodu. Prawdopodobnie skutek szybkiego, kamienistego zjazdu zaraz przed Błatnią. Drugą złapał Ludwikon - oczywiście też podczas zjazdu ale tym razem z tyłu.

Widoczek z Błatniej.


Na Błatniej oczywiście przerwa na małe co nieco [pyszny złocisty napój] i dalej ruszyliśmy w stronę Jaworza, tym razem czerwonym szlakiem. Bardzo szybki odcinek gdyby nie przerwa na wspomnianą wcześniej "flakę" Ludwikona.
Oczywiście nie trzeba pokazywać jak wyglądaliśmy po wjechaniu na asfalt w Jaworzu-Nałężu :D. Wystarczy krótki opis - błotni bikerzy :D.

Wyruszamy z pod schroniska.


Dalej do Bielska pojechaliśmy już bocznymi drogami. W okolicach lotniska pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w swoje strony - ja tradycyjnie do Grawitacji :)
Kategoria Beskid Śląski
Dane wyjazdu:
98.00 km
26.00 km teren
06:15 h
15.68 km/h:
Maks. pr.:67.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1700 m
Kalorie: kcal
Spontaniczna Barania Góra ;)
Środa, 6 czerwca 2012 · dodano: 11.06.2012 | Komentarze 1
...Jak zawsze "małe" opóźnienie z wpisem :/...Pomysł na trasę totalnie nie planowany. Siedziałem sobie we wtorek i rozmyślałem gdzie by tu jechać i nic nie mogłem ciekawego wydedukować, szczególnie że prognoza na środę nie była optymistyczna - do południa miało być brzydko :/. Zatem żadna dłuższa trasa nie wchodziła w grę.
Ale co tam, koło 12 zaczęło się coś delikatnie przejaśniać więc spontaniczna decyzja - jadę...ale gdzie??? Pierwsza myśl - Barania Góra!! Dawno w sumie tam nie byłem i co najważniejsze nigdy nie jechałem na nią od strony Skrzycznego. Szybko sprawdziłem temperaturę na polu - 18 st.C.- i znowu dylemat jak się ubrać?? Raz kozie śmierć - założyłem letnią wersję. Jak się okazało słusznie :).
Standardowo ruszyłem w stronę Szczyrku by docelowo wyjechać gdzieś pomiędzy Skrzycznym, a Małym Skrzycznym - trasa biegnie od Golgoty.

Ścieszka rowerowa biegnąca od Buczkowic do Szczyrku.

Moja ulubiona trasa na Skrzyczne.

"Pozostałości" po deszczach.
Po wdrapaniu się na prawie Skrzyczne wbiłem się na zielony szlak i nim już jechałem na Baranią Górę. Nota bene momentami miałem już go serdecznie dość - droga była tak zniszczona, że nawet na niewielkich podjazdach trzeba było zsiadać z roweru bo nie dało się jechać. Nie powiem były też fajne zjazdy, na których trzeba było się wykazać techniką i doświadczeniem :). Głazy na drodze rekompensowały dobrze otaczające mnie widoki. Co prawda widoczność nie była za dobra ale wystarczająca by napawać się przyrodą.


Malinowska Skała.


W tym momencie miałem chwilę zwątpienia czy aby to był dobry pomysł na trip.

Teoretycznie dalej nie powinienem jechać :D.

Dla takich widoków warto czasami prowadzić rower.

W tle Brania Góra.
W końcu się wdrapałem na Baranią Górę. Zielony szlak nie należy do najłatwiejszych dla rowerzysty, szczególnie w momencie wjazdu do rezerwatu. Na szczycie obowiązkowa chwila dla fotografa, naładowanie baterii :). Zjazd niebieskim szlakiem. Szczerze mówiąc bardzo trudny i wymagający odcinek. Na drodze było mnóstwo powalonych drzew ( rezerwat ), głazów i korzeni. Trzeba było bardzo uważnie zjeżdżać bo trasa nie była łatwa. Chwila nieuwagi i można było spaść ze skarpy, która była po jednej stronie ścieżki.
Wieża widokowa na Baraniej Górze.


Łatwo nie było.


Momentami trzeba było nawet zsiadać z roweru.
Żeby nie było cały czas nie zjeżdżałem niebieskim szlakiem. Docelowo miałem wjechać na leśną drogę, która to przecinała owy szlak i miała prowadzić aż do Przełęczy Salmopolskiej. Nawet tak zrobiłem tylko, że na jednym rozwidleniu pomyliłem drogę i zamiast jechać planowaną trasą ja.....zjechałem do Wisły Czerne. Nie powiem zjazd był genialny - mega szybki z dużą ilością zakrętów - ale się tak wkur...łem na siebie, że odeszła mi ochota na dalsze fotografowanie. A było co bo choćby Jezioro Czerniańskie czy skocznie w Malince. No niestety wbiłem się na asfalt i musiałem wyjeżdżać na Przełęcz Salmopolską od strony Wisły czego totalnie nie planowałem. Przez tą pomyłkę nadrobiłem wpizdu kilometrów i zmarnowałem czas, który miałem przeznaczony na koncert w Backstage'u.

Niebieski szlak zamieniłem na taką drogę - do pewnego momentu :(.
Ustawowo trzeba było zakończyć trip piwkiem w Grawitacji :). Hehe w ogródku piwnym wyglądałem z deczka dziwnie - cały uwalony w błocie. Ale co tam, jak zwyczaj to zwyczaj :D.
W trasie "męczyłem" m.in. płytę Omerta super grupy Adrenaline Mob. W końcu wybieram się na ich koncert więc trzeba było "spenetrować" ich kawałki :D.
Kategoria Beskid Śląski
Dane wyjazdu:
74.84 km
19.00 km teren
04:22 h
17.14 km/h:
Maks. pr.:58.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 1310 kcal
Salmopol -> Równica
Czwartek, 31 maja 2012 · dodano: 05.06.2012 | Komentarze 5
Po nocnej rozgrzewce (Nocna Pętla vol.2) przyszedł czas na właściwą trasę :). Nad tym tripem myślałem od dwóch tygodni - w końcu trzeba poznawać okoliczne "górki" :D - więc przyszedł czas na jego realizację.Jak to w moim przypadku bywa zazwyczaj, trasę rozpocząłem ok południa - wcześniej mi się jakoś ciężko zebrać :D. Wyjątkowo na Przełęcz Salmopolską nie wyjeżdżałem klasycznie (od strony Szczyrku) tylko postanowiłem sprawdzić pewną drogę, ba nawet szlak (żółty), która zaczyna się zaraz przed serpentynami.

W drodze na Przełęcz Salmopolską.

Fragment żółtego szlaku na Salmopol.
Prawdę mówiąc zrobiłem sobie niezły skrót i zyskałem sporo czasu jadąc ową drogą. Może tylko 100 metrów było ciężkie. Ja na tym odcinku prowadziłem bo nie chciałem forsować swojego "nasmarowanego na nowo" kolana, choć w zasadzie ta część jest przejezdna.
Żółtym szlakiem jechałem cały czas aż do Trzech Kopców podziwiając piękne widoki i napawając się superowymi zjazdami, momentami singiel track'ami.

Tego miejsca chyba nie muszę opisywać :).

To co tygryski lubią najbardziej!!

Widok na Brenną i ostatnie metry żółtego.
Na trzech Kopcach zmieniłem kolor szlaku i dalszą część drogi na Równice jechałem już niebieskim. Bardzo fajna trasa z wieloma fajnymi podjazdami i szybkimi zjazdami no i nawet trafiły się 2 mini singiel track'i. Na jednym, podczas zjazdu, złapał mnie skurcz - dziwne bo już dawno tego nie odczuwałem. Oczywiście nie mogłem stracić takiej okazji wiec w połowie odcinka wziąłem rower na ramie i się wróciłem - zrobiłem sobie mini masaż i z powrotem ruszyłem w dół :).

To właśnie tu dopadł mnie skurcz.

Jeden z ostatnich zjazdów przed Równicą.
Na Równicy dłuższy odpoczynek na naładowanie baterii :). Oczywiście mowa tu obiedzie i "skromnym" piwku. Nota bene w schronisku pracuje bardzo "sympatyczna" dziewojka :) i podają, tak z innej beczki, dziwne flaczki :D. Pierwszy raz w życiu widziałem flaczki zabarwione papryką, choć były wyśmienite :). Podczas odpoczynku spotkałem bikera - bardzo sympatyczny starczy Pan. Wypiliśmy piwko, powymienialiśmy się doświadczeniami i każdy ruszył w swoja stronę.
Z Równicy bardzo dobrze było widać Malá Fatra (Małą Fatrę) i Lysá Hora (Łysą Górę).

"Baton energetyczny" :D


Widok na Górki Wielkie, Brenną i nie tylko ze szczytu Równicy :).
Z Równicy zjeżdżałem ponownie żółtym szlakiem. Bardzo fajny, szybki i kamienisty downhill. Dawał bardzo dużo frajdy aż do pewnego momentu, jak z kamienistej drogi przerodził się w - patrz zdjęcie poniżej- i wtedy nastąpiło apogeum zadowolenia :).

Od Górek Wielkich uciekałem szybko przed deszczem, który nadciągał od strony Cieszyna. No niestety dalsza część tripu już stricte asfaltowa, zakończona tradycyjnie browarkiem w Grawitacji :).
Kategoria Beskid Śląski
Dane wyjazdu:
47.23 km
0.00 km teren
02:17 h
20.68 km/h:
Maks. pr.:65.00 km/h
Temperatura:12.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:560 m
Kalorie: 1859 kcal
Nocna pętla vol.2
Środa, 30 maja 2012 · dodano: 03.06.2012 | Komentarze 3
Powtórka z rozrywki :), a wszystko w ramach przygotowań do Dream Babia Góra 2012. Nie będę się zbytnio rozpisywał na temat tegoż tripu. Powód - tę samą trasę już opisywałem na BS :).Tym razem zacząłem wcześniej bo już o 21:30, czyli godzinę przed zeszłoroczną pętlą. Trasa dokładnie ta sama, no może tylko jedno udziwnienie :). Mowa tu o podjechaniu na stary rynek w Bielsku na koniec z myślą, że uda się jeszcze przechylić jeden kufel zimnego "trunku". Niestety próba nieudana, gdyż zagadałem się z dziewczynami w pracy i prawie przyjechałem na zamkniecie lokalu :(. No cóż był to jak narazie jedyny wyjątek od tradycji spożycia "zupki chmielowej" po tripie.
Przy zjeździe z Przegipku udało mi się "chwycić sejczka" (fiata seicento) dzięki czemu można było ostro pędzić w dół z bonusowym oświetleniem :).


Kierunek Przegibek.

Zabawa ustawieniami w aparacie ;).

Zapora w Porąbce.
Oczywiście po raz drugi testowałem aplikację MapMyRide:
MapMyRide
Kategoria CO do zasady asfalt
Dane wyjazdu:
62.88 km
15.00 km teren
03:30 h
17.97 km/h:
Maks. pr.:65.00 km/h
Temperatura:26.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:990 m
Kalorie: 2738 kcal
Skrzyczne - pierwsze MTB po kuracji glukozaminowej.
Poniedziałek, 21 maja 2012 · dodano: 23.05.2012 | Komentarze 3
W końcu ruszyłem w teren :). Na wstępie zaznaczę, że miał być to test mojego kolana po miesięcznej kuracji więc zbytnio się nie forsowałem.. Specjalnie wybrałem delikatne podjazdy by pomału przygotowywać kończynę do mocniejszych tras, które mam zaplanowane na ten rok. Jedną z nich będzie wyjazd na Babią Górę :).. Aaaa zapomniałbym...Był jeszcze drugi test podczas tego tripu :). Swego czasu ściągnąłem sobie aplikację na telefon, która to miała rejestrować całą trasę przez gps'a. Mowa tu o MapMyRIDE. Szczerze mówiąc bardzo fajna sprawa, ma tylko jeden wielki minus :(. Owa aplikacja działająca na androidzie, przy włączonym gps'ie, zużywa nieziemską ilość baterii. Niestety po 4,5 godziny użytkowania aplikacji bateria byłą prawie całkowicie wyładowana. Dzięki bogu udało mi się zapisać przeważającą część trasy - zabrakło 16 km :/.A więc ruszyłem ...Wpierw w stronę Szczyrku, a później Salmopolu.
Skocznia w Szczyrku.
Swego czasu kumpel pokazał mi fajną trasę na Skrzyczne więc grzechem by było jej nie powtórzyć :). Podjazd rzekłbym bardzo lajtowy - cały czas jedzie się leśną drogą, która leśnicy ściągają drzewo.





Widoczek na Babią i nie tylko :).
Oczywiście na Skrzycznym - masa turystów, wycieczek szkolnych więc nawet nie wchodziłem do schroniska bo mijało się to z celem. Szybka sesja zdjęciowa, uzupełnienie płynów, sprawdzenie baterii w telefonie i trza było ruszać niebieskim szlakiem do Lipowej.


Niebieski szlak do Lipowej ...hmnn...Powiem tak wychodziłem nim w lutym tego roku jak było jeszcze z dobre 30 cm. śniegu. Zapowiadał się ciekawie...I też tak było :).


Nikt nie powie, że zjazd jest mało interesujący :).
Nota bene jak zacząłem zjazd ze Skrzycznego to miałem pewne obawy co do zasadności ale po chwili byłem tak nasterowany techniczną jazdą, że nie było mowy o zmianie trasy. Zjazd- powiem krótko- jak dla mnie genialny - szybki, techniczny, niebezpieczny, mega kamienisty. Mimo, że mam hamulce hydrauliczne to dłonie mnie strasznie bolały. Ale co tam - liczyła się adrenalina :). W Lipowej stwierdziłem, że trzeba sobie podnieść średnią prędkość więc do Bielska cisnąłem ile fabryka dała. Niestety w Godziszce zaczęła mi padać komóra więc szybko zapisałem trasę i ostatnie 16 kilometrów nie było rejestrowane :/.
Jak tradycja nakazuję zwieńczeniem trasy było symboliczne piwko w Grawitacji :)
A TU JUŻ LINK DO MOEJEJ TRASY NA MapMyRIDE
MapMyRIDE
Kategoria Beskid Śląski
Dane wyjazdu:
41.25 km
0.00 km teren
01:32 h
26.90 km/h:
Maks. pr.:54.00 km/h
Temperatura:22.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:180 m
Kalorie: kcal
Szybki wypad nad Zbiornik Goczałkowicki
Środa, 9 maja 2012 · dodano: 09.05.2012 | Komentarze 2
Nie wytrzymałem - musiałem siąść na siodełko i coś popedałować :). Z racji, że kolano jest w trakcie przyjmowania glukozaminy, wybrałem trasę mało uporczywą, rzekłbym nawet banalnie płaską i oczywiście asfaltową. Szczerze mówiąc to moja pierwsza "dłuższa" :) trasa od momentu przyjmowania leków. Wymyśliłem sobie, że po raz drugi odwiedzę Zbiornik Goczałkowicki i pojadę tą samą sprawdzoną trasą, gdyż w momencie wyjazdu była już 18:30 więc trzeba było zdążyć przed zmrokiem. Na nocne wypady przyjdzie jeszcze czas :D.Połowę trasy pokonałem w piorunującym tempie, średnia prędkość wyniosła 31,8 km/h. Byłem w szoku :), tylko dwa razy prędkość spadła mi poniżej 30 km/h i było to powodem remontu nawierzchni, a dokładnie jej brakiem, gdzieś przed Zabrzegiem.


Hehe oczywiście po zaporze trzeba było sobie urządzić mały sprint - taka tam mała popisówka.
Powrót dokładnie tą samą trasą, ale już wolniej - efekt zmęczenia :).
Podczas trasy po raz setny "męczyłem" koncertowy album Riverside'a.
http://
Kategoria CO do zasady asfalt
