Proud member of bbRiderZ

Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi jakubiszon z miasteczka Czaniec / Bielsko-Biała. Mam przejechane 69667.54 kilometrów w tym 2592.35 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 16.58 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie. button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy jakubiszon.bikestats.pl

Archiwum bloga

Dane wyjazdu:
43.00 km 8.50 km teren
03:00 h 14.33 km/h:
Maks. pr.:54.90 km/h
Temperatura:14.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:844 m
Kalorie: 1005 kcal

Lesko wezwało...

Niedziela, 24 sierpnia 2014 · dodano: 04.03.2015 | Komentarze 0

Przychodzi taka chwila w życiu beskidzkiego bikera, w której to podświadomie pewna zacna górka wzywa. Tym właśnie szczytem  jest LESKOWIEC ;). A że ja mam straszny sentyment do tej góry, stąd też często miewam takie chwile :D. Tak też byłą w tą niedzielę. Przyjechałem do rodziców i...Lesko wezwał. Telefon do K4r3la czy jest chętny...On na toj ak na lato tylko ta nieszczęsna pogoda...Raz deszcz , raz słońce...Jak się nie mylę chyba z 2-3 razy już wyjeżdżaliśmy a tu kupa...W końcu podjęliśmy męską decyzję - raz kozie śmierć :). I co? Udało nam się nie zaliczyć deszczu, ba zrobiła się nawet piękna pogoda :). Na Leskowiec wyjeżdżaliśmy leśną drogą, skręt w prawo, tuż za pętlą autobusową. Lubię ten podjazd: momentami jest walka, jest i singiel i co najważniejsze idzie się zmęczyć ;). Klimacik był przedni, słońce i parujące podłoże - po prostu bajka. 



Kuba naparza pod górę :)






Leskowiec



Ostatecznie wyjechaliśmy na czerwonym szlaku, tuż przed szczytem Leskowca. Na czubku chwila przerwy i ssrru do schroniska na...niedzielne piweczko. Kurcze ależ ten Okocim tam wchodzi...Nie wiem czy to kwestia wysokości, miłej obsługi czy ogólnie klimatu ;). W dół klasycznie: wpierw nieśmiertelnym singlem a później  czarnym do Rzyk. Ja czułem jeszcze niedosyt więc skoczyłem do centrum Andrychowa by później bocznymi drogami dojechać do domu rodzinnego.

Jaki z tego morał? Jak Lesko wzywa to nie ma bata -  trza jechać :D




Niedzielny bronx ;)




Pozycja bojowa ;)


A taki wju na koniec...Czyż nie pięknie??



Kategoria Beskid Mały


Dane wyjazdu:
29.00 km 0.00 km teren
01:09 h 25.22 km/h:
Maks. pr.:47.70 km/h
Temperatura:22.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:270 m
Kalorie: 927 kcal

Bez pomysłu na kawę

Sobota, 23 sierpnia 2014 · dodano: 04.03.2015 | Komentarze 1

Po serwisie trzeba było rower przetestować ale czasu za dużo nie było bo wieczorem jechałem na grilla. Tak więc plątałem się troszkę po mieście aż wpadłem na pomysł by odwiedzić siostrę w Jasienicy. Wiadomo, że jak odwiedziny to musi być kawka :). Oczywiście się nie zapowiedziałem i...odbiłem się od drzwi :D. Tak więc z braku laku plątałem się dalej aż dojechałem pod halę widowiskową pod Dębowcem a tam ludu jak mrówek. Dopiero na mieszkaniu skapnąłem się, że miał się odbyć jakiś festiwal gwiazd disco typu Dr. Alban itp. No stanowczo nie moje klimaty... ;)

Ale skoro nie robiłem zdjęć to zapodam muzyczkę :). Powiem szczególną bo przy niej robiłem 4-setkę. Rzekłbym nawet, że po tym dystansie płytę Kabanosa znam na pamięć :D



Route 2 917 901 - powered by www.bikemap.net



Dane wyjazdu:
16.00 km 0.00 km teren
00:43 h 22.33 km/h:
Maks. pr.:42.00 km/h
Temperatura:22.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:120 m
Kalorie: kcal

Servisowy grill

Sobota, 23 sierpnia 2014 · dodano: 04.03.2015 | Komentarze 1

Połączone dwa wypady ale w to samo miejsce ;). Za pierwszym razem pokręciłem do kumpla na szybki servis bike'a a za drugim na...grilla. Więcej nic nie będę pisał bo sensu brak - zwykła dojazdówka :)


Obiecałem kumplowi, że go "wrzucę" na bloga. Chciał to ma ;)

P.S. Mapkę należy zdublować ;)

Route 2 917 868 - powered by www.bikemap.net
256


Dane wyjazdu:
101.00 km 24.00 km teren
06:30 h 15.54 km/h:
Maks. pr.:62.00 km/h
Temperatura:17.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1660 m
Kalorie: 2131 kcal

Mędralowa w wielkim składzie.

Niedziela, 17 sierpnia 2014 · dodano: 04.03.2015 | Komentarze 4

Po szosowych 400-stu przyszła pora na rekonwalescencję. Nie byłem padnięty czy zmasakrowany ale wiedziałem, że organizm musi trochę odpocząć. Dlatego zrobiłem sobie prawie 3 dni wolnego…od roweru. W niedziele jednak nie wytrzymałem, musiałem coś pokręcić a że akurat spora ekipa Cieszyniaków i Bielszczan jechała na Mędralową, postanowiłem im towarzyszyć. Wiedziałem, że nie będzie to ścigaczka tylko lajtowe kręcenie więc mnie to jak najbardziej pasowało – nazwijmy to takim skromnym rozjazdem ;). Bielska ekipa zabrała mnie samochodem z Bielska by nie tracić czasu na dojazdówkę rowerem. Oczywiście ja z góry się zarzekałem, że z powrotem już wracam na bike’u :). Oficjalne spotkanie wszystkich uczestników było w Jeleśni, a trochę się tego zjechało – 11 bikerów.
Grzesiu jako organizator zaproponował na wstępie żółty z Korbielowa na graniczny szlak. Jechało się przyjemnie, choć podłoże było dość mocno nasiąknięte wodą. Starałem się zbytnio nie forsować by nie nadwyrężać mięśni. Co mogę powiedzieć o owym szlaku? Przyjemny, dość łatwy i oczywiście widokowy ;).



Prawie cała ekipa. Prawie bo Marek strzelał fotona ;)











Następnie wbiliśmy się na czerwony szlak graniczny. Nie była to dla mnie nowość, gdyż jechałem już nim podczas Beskid Żywiecki Expedition w 2013 roku i częściowo w czerwcu 2014, tak więc było to tylko lekkie odświeżenie trasy ;). Można by już rzec, że klasycznie nie jechaliśmy do końca czerwonego tylko ponownie wbiliśmy się na żółty szlak, szeroką szutrówkę i znowu na żółty by ostatecznie wyjechać na Tabakowym Siodle. Podczas pierwszego wjazdu na żółty, Maciek ( teraz mechanik teamowy drużyny Kross’a ) urwał 3 szprychy, a że jego koło było dość mocno wylajtowane, sporo już mu nie zostało :/. Jednak postanowił kontynuować z nami dalszą część trasy. Wiadomo – mechanik wie kiedy można a kiedy nie J. Kolejny wjazd na żółty to również powtórka z rozrywki tylko już nieco odległej – ostatni raz jechałem tamtędy z Ludwikonem w 2009 roku podczas objeżdżania Babiej Góry. Przyznam się, że troszkę się pozmieniało ;). Odcinek z Siodła na Mędralową to była istna walka z błotem – na niewielkich podjazdach jazda graniczyła z cudem, koła były całe oblepione brązową breją. A na Mędralowej - dłuższy popas, uzupełnianie kalorii i napawanie się widoczkami. Oczywiście dobre humory nas nie opuszczały i śmiechu było co nie miara :D.











Były sobie szprychy trzy...


Marzen naparza ;)


Elegancki singielek na żółtym szlaku.




Panorama z Mędralowej.



Po popasie przyszła pora na kręcenie a mianowicie na najciekawszy odcinek całego wypadu – zielony szlak w stronę Suchego Gronia. Nie dość, że jest on piękny widokowo to jeszcze obfituje w single w tym jeden najlepszy z Kolistego Gronia na Przełęcz Klekociny . Po prostu cud miód i orzeszki ;). Z tego co pierwotnie mówił nasz organizator/przewodnik mieliśmy jechać na Jałowiec ale ostatecznie plany się pozmieniały i pokręciliśmy na równie piękną Halę Janoszkową. Sumie bardzo dobrze bo przynajmniej poznałem nowe tereny i było czym nacieszyć oko ;) . Później to już tylko zjazd do Bystrej, wpierw szutrówą a następnie asfaltowymi serpentynami. No i tyle by było tego terenu ale na pocieszenie zafundowaliśmy sobie małą imprezę na wysepce na rzece Koszarawie. Jak impreza to ognicho, kiełbaski, piwko i masa dobrego humoru :D. Część ekipy niestety musiała jechać wcześniej więc nie zostali z nami pobiwakować. Po tej kalorycznej rozpuście ruszyliśmy w dół – do Jeleśni – gdzie część ekipy pakowała się do aut. Mówię część bo ja i Marek postanowiliśmy wrócić na bike’ach ;). Odprowadziłem go do Węgierskiej Górki a później już samotnie do Bielska bocznymi drogami.





Hala Januszkowa.












Route 2 917 624 - powered by www.bikemap.net

Kategoria Beskid Żywiecki


Dane wyjazdu:
401.00 km 0.00 km teren
17:02 h 23.54 km/h:
Maks. pr.:72.00 km/h
Temperatura:14.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:3890 m
Kalorie: kcal

Tour de Tatry 2014... czyli pierwsze 400 km.

Czwartek, 14 sierpnia 2014 · dodano: 03.03.2015 | Komentarze 7

Tak, tak, zachłyśnięty dokonaniami dwóch znanych mi Terminatorów ( cieszyńskiego – daniel3ttt oraz rybnickiego – gustav’a )postanowiłem zmierzyć się z magiczną liczbą ( jak dotąd) 400 kilometrów. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym takiego dystansu nie zrobił w górskich klimatach. Tak więc po krótkich obliczeniach i spenetrowaniu map, padło na trasę wokół Tatr. Od dłuższego czasu chodziła mi ta traska po głowie, lecz pierwotnie miałem objeżdżać Taterki z dojazdówką samochodem. Ale dlaczego nie połączyć dwóch tripó w jeden??:] .Nie mogłem tylko zdecydować się na konkretny termin…Chciałem w tej kwestii wykorzystać urlop lecz nie wpierw musiałem potrenować bo z marszu taka trasa groziła niepowodzeniem. Tak więc padło na drugi tydzień mojego byczenia się :]. Niestety prognozy nie były za ciekawe a wiadomo, że pogoda to przynajmniej 1/3 sukcesu.Ostatecznie wybrałem środę 14-go sierpnia. Jednak czym bliżej daty wyjazdu tym prognozy były gorsze… Na dzień przed jednak się troszkę poprawiły więc postanowiłem ziścić ten niecny plan ;) . Nastawiłem sobie budzik na północ by o 1:00 wyjechać. Oczywiście dzień przed byłem tak podjarany, że ciężko mi było usnąć, ale jakoś się udało ;). I co? Wstaje o północy i co tu widzę/słyszę?? Burza jak cholera…Zrobiłem sobie jeszcze 15-sto minutową drzemkę by przeczekać „żywioł” . Pełen obaw o warunki na drodze, ostatecznie wyruszyłem obładowany żarciem ( hehe standardowo wszystko w kieszonkach i koszykach – nie lubię jeździć z plecakiem ) o 2 w nocy. Warun na trasie kiepski i to bardzo – hektolitry wody na asfalcie. Hmnn nie wróżyło to niczego dobrego… Do Żywca jechałem bardzo zachowawczo, rzekłbym nawet wolno, by się nie przemoczyć na wstępie. Ku zdziwieniu o tej porze ruch jak diabli, co chwile jakiś tir czy tam dostawcza. Na docinku Żywiec - Korbielów było już lepiej, stąd też trzeba było nadrabiać zaległości czasowe. Przejście graniczne przekraczałem jeszcze po zmroku.





Słowacja wita mnie nocą ;)




Założeniem moim było by nocną część trasy robić po terenach mi znanych bo wiadomo, że po ćmoku łatwo się gdzieś pogubić, przeoczyć zjazd. Tak więc początkowy odcinek pokrywał się w 100% z zeszłorocznym Tour de Babia – Zakopane Edition 2013. Aaaa moment – była jedna odskocznia – musiałem objeżdżać zaporę na Oravie ;). Oj jak miło było sobie przypomnieć tę traskę a dokładnie namiastkę prze genialnego tripu :) . Wschód słońca było mi dane oglądać nad Jeziorem Oravskim. Przyznam się bez bicia – był to pierwszy i jak się później okazało, ostatni widok słońca… Przyszła pora na zjechanie z trasy TdB-ZE – odbiłem prawo na Oravice. Kręciło się tam przyjemnie - spowite mgłą góry odsłaniając się pomału , dawały magiczny klimat. Nic tylko cisza, spokój i pierwsze ładne widoczki. Już miałem nadzieję, że wyjdzie słońce ale nie – menda nie chciała ;). Odcinek Zuberec – Liptovsyke Matisovice był mega widokowy, po prostu oczy się nie mogły nacieszyć krajobrazem. Boże co by było gdyby pogoda była lepsza – nic ino kisiel w majtach ;)





Magicznie...


W tle Babiczka i Jezioro Oravskie.


Gdzieś w okolicach Oravicy.








Tereny boskie :)





Owy odcinek poza walorami estetycznymi miał jeszcze jeden ważny aspekt - genialne warunki na szosowanie: początkowo długi lecz łagodny podjazd a później szybki zjazd po serpentynach. No niestety zdrowy rozsądek zabraniał rozpędzania się za mocno choć warunki do przekroczenia 80 km/h były idealne. Oj korciło , korciło :) . Powiem tak: na bank tam powrócę!! Za to dalsza część trasy to już stricte podziwianie widoków – panorama Tatr Zachodnich po prawej stronie oszałamiała, dawała mega kopa. Nawet sporu ruch do Liptowskiego Mikulaszu nie przeszkadzał mi w żaden sposób. Boże co te widoczki robią z człekiem :D. Następnie zjechałem z ruchliwej trasy na drogę prowadzącą do tzw. Tatr Wysokich. Tu również początkowo nie mogłem się napatrzyć Taterkom, szczególnie że przede mną ukazywały się Tatry Wysokie. Widok bajka z ta mgłą u podnóża ;) .










Tatralandia.






Zamek Liptovsky Hradok







Jednak sielanka musiała się skończyć…Teoretycznie najciekawszy odcinek czyli od Prybyliny do granicy z Polską jechałem jak nie w mżawce to w deszczu. Tak, tak dobre 80 kilometrów.Wielka szkoda bo akurat fragment był supernowy pod szosę tudzież górala na slikach – długi ale to naprawdę długi upchill do Strbskiego Plesa a później równie długi zjazd do Tatrsanskiej Kotliny. Poza tym zapewne byłyby piękne widoczki a tu raptem na kwadrans mglisko odpuściło, dzięki bogu w okolicach Strbskiego Plesa więc można było choć na chwile ponapawać się krajobrazem. W zasadzie nie planowałem zahaczać o ten „kurort” ale z racji że byłem tak blisko, nie mogłem sobie odpuścić ;).Oj chciało się tam zostać na dłużej, bo było co oglądać ale niestety czas gonił a deszcz robił się coraz nieznośniejszy… Zjazd…masakra!! Człek przemoczony do suchej nitki, deszcz, wychłodzenie organizmu… Psycha już siadała…Żeby trzeszczały z zimna…a tu jeszcze taki szmat drogi. Po prostu modliłem się o jakiś podjazd by rozgrzać ciało…A tu nic…ciągle w dół…. Dopiero Tatrsanska Koltlina’ą zaczęło się coś wznosić lecz deszcz coraz bardziej napinkalał. Wspomnę jeszcze, że na początku tego deszczowego dramatu miałem lekki kryzys – podczas krótkiego postoju na przystanku, uciąłem sobie 5-cio minutową drzemkę. A skąd wiem że tak krótką? Pamiętam początek i koniec piosenki, która leciała w słuchawkach ;). Nie dość, że deszcz masakrował psychę to jeszcze szlag trafił licznik – nie wytrzymał naporu wody. Od tej chwili trzeba było zapisywać w komórce każdą przerwę z dokładnością co do minuty… Po przekroczeniu polskiej granicy, tj. Łysej Polany, przestało lać :]. Oj humor się poprawił. Spotkałem tez dwie sympatyczne Słowaczki- bierki, z którymi sobie troszkę porozmawiałem. Wiadomo swój do swego ciągnie :D. Dziewojki były wielce zdziwione moim ubiorem. No bo jak to przy takiej temperaturze ( ok. 13 st.C ) i takich warunkach ( deszcz ) jechać tylko w letnim wdzianku wzbogaconym o nogawki i rękawki? A ja im: Polak potrafi :D. A jak im jeszcze powiedział skąd jadę i dokąd to chwyciły się za głowę :D. W zasadzie jechaliśmy w tym samym kierunku ( do Zakopanego drogą Oswalda Balzera ), jednak chyba za szybko jechałem bo gdzieś mi w tyle zostały.W Zakopcu zrobiłem sobie dłuższą przerwę na obiad. Byłem tak głodny, że wpierw wszamałem dwudaniowy obiad, gaworząc z właścicielem o rowerach ( nota bene ciężko było jeść ze względu na drgawki z wychłodzenia ) a później kebaba na Krupówkach :D



Kryzysowo...






Powiało Tour de Pologne ;)






Nie wiem czy to była lekka sugestia ze strony pani Kelnerki...:) W zasadzie to mnie by się przydała opieka :D



Jeszcze chwile pokręciłem się po Zakopanem i ruszyłem w drogę powrotną. Nakarmiony, zagrzany, pełen sił pokręciłęm w stronę…Gubałówki. A bo co? Miałem za mało podjazdów :D. A ten akurat dobrze pamiętam z TdB-ZE ;). Jednak tym razem zjeżdżałem inna trasa - na Dzianisz i Chochołów. Tam sobie nie darowałem, drogi suche ( ku zdziwieniu ) więc mknąłem ile się dało. Do Czarnego Dunajca dotarłem już po zmroku czyli tak jak planowałem. Teraz już trasę znałem na pamięć więc można było jechać po ćmoku ;). A jaka to trasa – powtórka z Tour de Babia – Zakopane Edition 2013 czyli Jabłonka, Zubrzyca Dolna/Górna, nieśmiertelne Krowiarki nocą. Nie mogłem oczywiście odpuścić sobie Przysłopu, hehe. Standardowo na zjeździe do Stryszawy zmarzłem lecz tym razem rękawiczki robocze nie były potrzebne :D ( a propos poprzedniego rekordu dystansu ) . Co ciekawe w Stryszawie byłem już prawie cały suchy, tylko buty były jeszcze trochę wilgotne. Zatrzymałem się na chwilę na stacji benzynowej by się zagrzać i coś szamać. Obsługa prze genialna, mimo że wbiłem się o północy a wiadomo, co się wtedy dzieje, to jeszcze poczęstowała mnie herbatą. Chyba, będę tam częściej gościł ;). Później to już klasyka klasyki czyli Las, Łękawica. Mimo, że już w nogach miałem „kilka” kilometrów kręciło mi się o dziwo dobrze, nóżka jeszcze podawała. Postanowiłem to wykorzystać i zaliczyć jeszcze jeden podjazd – Przegibek :]. Hehe mój masochizm czasami nie zna końca :D. Poszło całkiem sprawnie. Na mieszkaniu byłem o równej 2 w nocy czyli dystans 400 kilometrów zrobiłem w równe 24 godziny .



Zakopane i Taterki



Reasumując: I co? Da się?? A pewnie że się DA!!! Magiczna liczba 400 kilometrów przekroczona!!!!! Mimo, że w dość ciężkich warunkach ale się udało!!! Kryzys wydolnościowy był tylko jeden - krótka drzemka, psychiczny - no w takim warunie to niedziwne ale szczerze mówiąc nogi mnie nie bolały, cały czas kręciły jak należy. Co ciekawe zad po takim dystansie był jak nowył, kolana też. Jaki z tego wniosek? Jestem prawie jak Terminatorzy z Cieszyna i Rybnika :D



Route 2,751,917 - powered by www.bikemap.net



Dane wyjazdu:
51.00 km 0.00 km teren
02:25 h 21.10 km/h:
Maks. pr.:52.00 km/h
Temperatura:27.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:638 m
Kalorie: 1315 kcal

Umyć rower ;)

Poniedziałek, 11 sierpnia 2014 · dodano: 02.03.2015 | Komentarze 1

Urlop służy wyjazdom...tym rowerowym. Tym razem pojechałem do rodziców by dopieścić napęd - hehe w sensie wyczyścić go na glanc :). Niestety czasu nie miałem za dużo bo na popołudnie zapowiadali burze... Tak więc dojazd jak najszybsza trasą. Niestety były to asfalty i drogi główne. Po obiadku i polerce napędu trza było wracać bo już coś zaczynało grzmieć. Według obserwacji burza nadciągała od Bujakowa. Postanowiłem ją ominąć jadąc przez Przegibek. No niestety dopadła mnie franca tuż przed wjazdem w leśną część. Schroniłem się na przystanku. Żeby było mało to jeszcze zrobiło się niezłe oberwanie chmury. Już wiedziałem, że pucowanie bike'a było zbyteczne. No cóż, widocznie tak miało być ;).



Deszczycho napinkala...






Dane wyjazdu:
90.00 km 25.00 km teren
04:02 h 22.31 km/h:
Maks. pr.:55.00 km/h
Temperatura:28.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1620 m
Kalorie: kcal

Skrzyczne z bonusem.

Niedziela, 10 sierpnia 2014 · dodano: 02.03.2015 | Komentarze 1

Po ostatnim szosingu przyszła pora na zmianę opon i… wiadomo – TEREN J. Jakoś się długo zbierałem…Pierwotny plan zakładał poranny trip ale wiadomo jak to ze mną…zawsze coś wyskoczy albo po prostu ciężko mi się z rańca zebrać. Tak też było i w tym przypadku – wyjechałem dopiero po 12-tej. Plan był prosty i klarowny – Skrzyczne – a co później to czas pokarze. Oczywiście nie byłbym sobą gdybym cos nie pokombinował. Wpierw zjechałem z głównej drogi w prawo, w stronę Koziej Górki. Całkiem ciekawy wariant z przyjemnym uphillem. Przyznam, że początkowo kręciło się ciężko – duża wilgotność i duchota – stąd tez tempo nie było za mocne. Po dojechaniu do szlaku na Kozią Górkę, skręciłem w lewo ( czerwony szlak ) by dojechać do Bystrej. Tam się troszkę pogoda spaprała – zaczęło mżyć – ale postanowiłem dalej kontynuować tripa. Wbiłem się na całkiem przyjemną czerwoną rowerówkę, która doprowadziła mnie do Buczkowic, a później już klasycznie popedałowałem asfaltami do Ostrego.





Mój cel - Skrzyczne.



Wjazd na Skrzyczne był już zdecydowanie lepszy. Nóżki się rozkręciły i duchota jakby zelżała. Nie ma się co rozpisywać o uphillu bo podjazd jak podjazd – nic się nie zmienia od paru lat :]. Widoczki jak zawsze bajeczne. Na szczycie było już zdecydowanie chłodniej wieć nie rozsiadałem się na długo – parę fotek, uzupełnienie kalorii i sru w stronę Malinowskiej Skały.Oj jak ja lubię ten odcinek, można zdrowo przycisnąć . Oczywiście próbowałem pod Malinowska wyjechać ale szybko spokorniałem i zszedłem z bike’a. A na skale ludu jak mrówek – piechurzy i spora grupka enduraków. Nie wiem czemu ale sporo z nich chyba nie zna kultury rowerowej – ani cześć, ani be , ani kukuryku. Oczywiście zostałem zdzielony wzrokiem z góry na dół ale co tam… Kawałek za Malinowska dojrzałem prze superowy widok. Nie mam tu na myśli krajobrazów, bo wiadomo, że są genialne, a bikera i to nie byle jakiego. Otóż był to…na oko sześćdziesięcioletni pan, z długa, krzaczasta brodą, częściowo ubrany po kolarsku. Nie omieszkałem, musiałem pogadać. Okazało się, że był to fundator Białego Krzyża na Przełęczy Salmopolskiej, niejaki Aleksander Bojda. Przesympatyczny człowiek, zapalony sportowiec i działacz społeczny. Boże daj mi siłę bym w jego wieku jeszcze był tak czynny sportowo. Po niemal półgodzinnej pogaduszce, ruszyłem w stronę Malinowa. Jednak na sam szczyt nie wjeżdżałem a skręciłem w lewo by dojechać do szerokiej szutrówy biegnącej na Przełęcz Salmopolska. Heheh dogoniłem tam enduraków, którzy wybitnie się cielili. Chyba musiałem im wsiąść na ambicje podczas zjazdu bo zaczęli mnie dochodzić. Podjąłem wyzwanie i zaczęło się ostre ściganie do asfaltu. Nieskromnie powiem, że nie mięli ze mną szans :]. Raz udało im się mnie wyprzedzić ale…tylko raz. Później wujek ( znaczy ja ) pokazał im jak się jeździ :].






Uphillowo...








Chłopaki enduraki tak mnie zagrzali, że postanowiłem nie zjeżdżać na asfalt i dalej kręcić w terenie. Początkowo jechałem czerwonym szlakiem w stronę Kotarza lecz szybko z niego zjechałem – czarny na Stary Groń, Horzelicę. I to był szczał w dziesiątkę. Kręciło się tam fajnie – ładne widoczki, spokój, cisza i co najważniejsze nie męczyłem czerwonego do Klimczoka. No cóż jakoś za nim nie przepadam…. Troszkę mi się pofanzoliło bo zamiast zjechać zielonym do centrum Brennej,zaliczyłem kamienisty czarny. Oj wytrzepało mnie tam zdrowo . Jeszcze na chwilę wpadłem „polansować” ;) się do centrum i trza było cisnąć do domu. Starałem się omijać asfalty bo po co męczyć się na terenowych oponach.




Na czarnym...




Route 2 912 167 - powered by www.bikemap.net


Kategoria Beskid Śląski


Dane wyjazdu:
54.00 km 0.00 km teren
02:20 h 23.14 km/h:
Maks. pr.:58.00 km/h
Temperatura:24.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:720 m
Kalorie: 1844 kcal

Rozjazd po 2-setce

Piątek, 8 sierpnia 2014 · dodano: 24.02.2015 | Komentarze 5

Na wstępie dodam, że 6 kilometrów dołożyłem do dystansu, gdyż nie było sensu robić wpisa na tak żenujący dystans. A skąd wzięło się owych sześć km? Już tłumacze: jak pamiętacie na ostatniej 2-setce zmasakrowałem klocki i przednią tarczę więc musiałem zakupić nowe części. W związku z tym udałem się do mojego kumpla serwisanta by popatrzył czy da się jeszcze uratować tarcze a przy okazji by zrobił lekki serwis. Wyszły różne cuda np. pęknięta obręcz w okolicach nypla ale przecież nie o tym jest wpis. Ta kwięc stąd te dodatkowe 6 kilometrów. Nota Bene muszę się pochwalić, że owy kumpel/serwisant jest obecnie głównym serwisantem Kross Racing team :). Ale wróćmy do sedna :)

A więc...zawsze polonistka karciła za taki początek zdania :D ... zgadałem się z chłopakami ( Piasqiem i Ludwikonem ) na wieczorny szosing. Miało być delikatnie ale uphillowo. Padło na klasykę gatunku a mianowicie Przegibek i powrót przez Zarzecze, Łodygowice. No niestety mnie nóżka średnio podawała - efekt środowej wyrypy asfaltowej. Przyznam się bez bicia - ta traska dała mi nieźle w kość  - zakwasy następnego dnia były straszne nie wspominając już o ogólnym zmęczeniu organizmu. Nie dość, że byłem lekko niedysponowany to jeszcze musiałem ścigać kumpli, którzy kręcili sobie szosami a ja klasycznie na góralu w slickach :). Żeby nie było, że totalnie byłem do bani to czasami mi się włączała opcja ścigania ale szybko chłopaki sprowadzali mnie na ziemie. Po zjechaniu do Międzybrodzia spotkaliśmy naszego teamowego kumpla Darka, który akurat jechał w przeciwnym kierunku, a co gorsze wprost w nadciągająca burze. My za to próbowaliśmy przed nią uciec Oczywiście się nie udało i trochę nas pokropiło w Łodygowicach. Jako, że był to wieczorny trening, naturalna rzeczą było w moim przypadku piwko. Jednak nie znalazłem zainteresowania wśród moich towarzyszy - woleli jechać do domu. Ja klasycznie udałem się na bielski ZWM ( stary rynek ) by przechylić kufel pysznego, zimnego bronxa ;). No bo co? Nagroda musi być ;)





Route 2 912 088 - powered by www.bikemap.net



Dane wyjazdu:
234.00 km 1.00 km teren
11:02 h 21.21 km/h:
Maks. pr.:72.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2510 m
Kalorie: kcal
Rower:

Rzeźnik w akcji czyli szosowo po terenach zalewowych ;)

Środa, 6 sierpnia 2014 · dodano: 19.02.2015 | Komentarze 3

Czas urlopu – czas kręcenia J. Pierwszy raz od ho ho udało mi się wybrać urlop w sierpniu i to wtedy kiedy rzeczywiście chciałem :). Tak więc na pierwszy urlopowy trip musiało być coś grubego ( nie liczę oczywiście nieudane wypadu po auto ;) ) . Tak sobie siedziałem dzień wcześniej i dumałem…Gdzie mnie jeszcze nie widziano?…I tak oto padło na…Wieliczkę :). Hehe rodzice jak zawsze: klepnij się w głowę!! A ja swoje ;– trza jechać ;). Prognozy nie były za obiecujące ale jak cykloza zaatakuje to nie ma zmiłuj :D . Wpierw trzeba było dojechać do Krakowa. A jak?? Wiadomo – zadupiami :D. Tym razem zdeczka zmieniłem moją klasyczną trasę. Co prawda odcinek do Brzeźnicy było tak samo ale później już pokręciłem do Skawiny, gdzie zrobiłem pierwszą przerwę na małe co nieco. I o dziwo czas miałem dobry bo 1:45. Nóżka podawała jak ta lala . W Skawinie ponownie przestudiowałem mapę na komórczanie ( żeby nie było – tym razem trasę miałem w pełni zaplanowaną ) i ruszyłem już mi totalnie nie znanymi drogaami w stronę Grodu Kraka. Jednak założenie było, by nie wjeżdżać do centrum i unikać głównych duktów. Hehe nawet całkiem mi się udało bo zaliczyłem skromny singielek w dzielnicy Opatkowice. Dalej, tj. do Wieliczki , kręciłem również zapupiami, z dala od ruchu ulicznego..




Skawina


Jest i singiel ;)


Cel Główny :)






Genialna grafika na Rynku Górnym w Wieliczce.



Heheh w Wieliczce się na wstępnie troszkę pogubiłem ale wnet odnalazłem się i pomknąłem w stronę słynnej kopalni soli. Ludu jak mrówek więc długo tam nie zagościłem. Poza tym czas troszkę gonił więc trza była pomału wracać ;) .Kierowałem się na Dobczyce. Według mapy wynikało, że troszkę jest do przejechania a tu raz, dwa i już byłem na miejscu. Dojazdówka ta ku zdziwieniu była całkiem przyjemna – widoczki miłe, parę podjazdów. Szkoda tylko, że było zachmurzone niebo bo zapewne panorami byłyby ciekawsze . W Dobczycach zaplanowałem przerwę obiadową. Jako, że nie jest to za wielka miejscowość, za dużego wyboru nie było – padło na pizze. Wiem , wiem za zdrowe to nie jest ale jakiegoś tam Powera daje. Powiem tak – owa pizza zada nie urywała ale nie była najgorsza. Podczas posiłku nasłuchałem się o nocnym oberwaniu chmury w okolicy i licznych podtopieniach. Wiadomo, ludzie jak to ludzie- zawsze wyolbrzymiają więc nie zważając na opowieści lokalesów ruszyłem w stronę…Kasinki Małej -= tak, tak tej Kasinki. Chciałem jeszcze po drodze sprawdzić drogę wzdłuż zalewu więc nadrobiłem troszkę kilometrów ale było warto bo Zasze to lepiej jechać zapupiami a niżeli głównymi drogami. W Lipniku zatrzymałem się w przydrożnym sklepie by uzupełnić zapasy na dalszą drogę i tam spotkałem prze sympatycznego starszego pana, który uraczył mnie swoją historią życia a przy okazji chciał wyłudzić ode mnie drobne na pifko. Co jak co ale na alko nie lubię dawać… Oczywiście znowu zasłuchałem się o katastrofie po nocnej ulewie ale mimo to ruszyłem dalej, w stronę Kobielnika. Mega fajny podjazd – sztywny, stromy ale było jednak widać ślady po nocnej nawałnicy – droga zawalona kamieniami i błotem. Dzięki bodu lokalesi dzielnie oczyszczali asfalty. W najwyższym, asfaltowym miejscu Kobielnika ukazał mi się przepiękny widok na Beskid Wyspowy – po prostu coś magicznego. Aż chciało się usiąść i godzinami wpatrywać się w góry…Niestety czas gonił :(.





Dobczyce.




Kiedyś w końcu tam wejdę :)







Przede mną był jeszcze jeden fajny uphill – Przełęcz Jaworzyce. Gdy już na nią wjechałem, wpadł mi do głowy szatański pomysł – skoro jestem już tak daleko, a jednak tak blisko najwyższego szczytu Beskidy Makowskiego – Lubomira ( 904 m.n.p.m.) to dlaczego go…nie zaliczyć :D. Hehe kolejny ze szczytów Korony Gór Polski byłby odhaczony. Jak pomyślałem tak zrobiłem…mimo że jechałem na slickach :D. Ale kto wariatowi zabroni :D. Powiem szczerze – lekko nie było, walka do samego końca + małe butowanie bo slicki troszkę na tej mokrej kamerdolni nie dawały rady a ja nie chciałem katować nóg. Ale dla tych początkowych widoczków było warto cud, miód orzeszki :]. I tak oto wariat z Podbeskidzia, w slickach , zdobył Lubomir :D. Był to totalnie nie planowany skok w bok ale czego się nie zrobi dla starego celu – zdobycia najwyższych szczytów poszczególnych pasm Beskidów. O ile wjazd był ciężki to zjazd to już w ogóle Armagedon – trza było się okropnie pilnować by nie wyrżnąć orła. Po kamienistym downhillu przyszła pora na długi zjazd do Kasinki Małej.








Słynne obserwatorium astronomiczne na Lubomirze.




Warun idealny na slicki ;)



Jednak opowieści się sprawdziły odnośnie Kasinki Małej, co pewnie oglądaliście w TV. Po prostu MASAKRA!!!! Tak zniszczonej miejscowości nie widziałem na żywca…Najbardziej utkwiło mi w pamięci zmasakrowane UNO ( Fiat ) leżące w nurcie potoku, który przerodził się w dziką rzekę… Ogrom zniszczeń był potężny!! Oczywiście ja wbiłem się w jego epicentrum. Przyznam się bez bicia, że nawet nie miałem ochoty robić zdjęć… Od tak cyknąłem raptem dwa… Wspomniany „potok” porwał niejeden most, w tym przez który miałem przejeżdżać…Dzięki bogu a dokładnie miejscowym osobom udało mi się ominąć wyrwę w moście bo musiałbym nadrabiać z dobre 30 kilometrów, a ja już miałem poślizg związany ze zdobyciem Lubomira. Ma się rozumieć, że nie był to delikatny, asfaltowy objazd lecz mocno terenowy odcinek, gdzie momentami igrało się, przejeżdżając po podmytej drodze. Adrenalina przeokropna. W końcu udało mi się wydostać z Kasinki by ruszyć w stronę Pcimia a później Makowa Podhalańskiego. Na tym odcinku zacząłem odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia. Mimo, że mocno tankowałem i sporo jadłem czuć było w nogach lekka niemoc. Hehe żeby za lekko nie było to zaserwowałem sobie dość uciążliwy ( długi, lekko wznoszący się ) podjazd na Żarnówkę. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – długi ,szybki zjazd do Makowa Podhalańskiego. Może i się mknęło, może i nogi odpoczęły, może i frajda była ale klocki szlag trafił…Kiera podczas hamowania rzucało na boki…Co ciekawe przed wyjazdem miałem jeszcze z 2 mm. a tu niespodzianka. I jak tu dojechać do domu bez ani grama klocka??? Trza było jechać bardzo płynnie. Pytanie jak to zrobić w górskim terenie???No cóż trzeba było się pogodzić, że będą straty w sprzęcie bo bezpieczeństwo jest przecie najważniejsze… Z makowa ruszyłem na Suchą Beskidzką , klasycznie bocznymi drogami. Tam też naładowałem baterie i pokręciłem w stronę domu przez Las, Okrajnik i …Kocierz – wiadomo trza się na koniec dobić. Zjazd z przełęczy masakryczny- brak klocków :/

Mimo to uznaję trip, za jeden z ciekawszych. Udało mi się zaliczyć najwyższy szczyt Beskidu Makowskiego, ba nawet okrążyć całe pasmo,liznąłem coś Beskidu Wyspowego i suma sumarum wykręcić jakiś konkretny dystans. Straty oczywiście były – klocki i mocno poturbowana przednia tarcza.












Tak, tak - mówcie mi RZEŹNIK!!!! ;)




Route 2 738 661 - powered by www.bikemap.net



Dane wyjazdu:
23.94 km 0.00 km teren
01:01 h 23.55 km/h:
Maks. pr.:59.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:234 m
Kalorie: 777 kcal

Po auto...

Wtorek, 5 sierpnia 2014 · dodano: 12.02.2015 | Komentarze 2

Po weekendowych szaleństwach na weselu kuzynki przyszła pora odebrać samochód spod sali. Hehe wiadomą rzeczą było, że poniedziałek w ogóle nie wchodził w rachubę - alko jeszcze w żyłach płynęło - stąd też wybrałem wtorek. Nie cudowałem z trasą bo upał był nieziemski, dlatego padło na najkrótszą i najszybszą opcję głównymi drogami. Jednak jak w miarę szybko przyjechałem tak szybko odjechałem...rowerem.Moje Cytrynowe Szaleństwo nie odpaliło - padł akumulator...Dziwne...w środku lata???? No cóż bywa.... Zatem wróciłem do domu by później już innym samochodem powrócić z kablami rozruchowymi.

Fot nie robiłem gdyż jakoś nie miałem weny... :D. Tak więc będzie miuzik :)